Kiedy praca przestaje cieszyć – czyli nie chcę już tylko zarabiać, chcę też żyć.



„Halo ! Nie przyszłaś tu tylko po to, żeby zarabiać na rachunki i umierać ze zmęczenia…”
Ten głos nie daje mi ostatnio spokoju.

Czuję, że to moja dusza zaczęła się buntować — coraz głośniej, coraz bardziej dobitnie.
Jakby krzyczała: „Hej, obudź się! To nie o to w tym wszystkim chodzi!”
I choć wiem, że to nie ciało posiada duszę, tylko dusza posiada ciało,
to może właśnie w ten sposób próbuje dotrzeć do mnie przez to, co czuję w środku.
Przez niepokój. Przez zmęczenie. Przez to dziwne poczucie, że życie przecieka mi przez palce, kiedy każdego dnia odhaczam kolejne obowiązki, a wewnętrznie czuję, że się duszę.

Że to, co kiedyś dawało mi poczucie bezpieczeństwa – stała praca, regularna wypłata, plan dnia –
teraz stało się dla mnie klatką.
To już nie praca, to jakby codzienne więzienie z uśmiechem na twarzy.
Robię, co trzeba, ale dusza milknie z każdą godziną.

Ciężko mi każdego ranka podnieść się z myślą, że znów muszę iść do pracy i spędzić tam osiem godzin.
W moim odczuciu to stracony czas — godziny, które mogłabym poświęcić na to, co naprawdę kocham.

Nie chodzi mi o lenistwo czy siedzenie w domu przed telewizorem.
Po prostu odkąd znalazłam swoją nową drogę, mam w sobie głód wiedzy i rozwoju.
Mam tyle książek do przeczytania, tyle inspirujących podcastów do obejrzenia,
z których czerpię mądrość i światło — to one rozjaśniają moje nowe spojrzenie na życie.

Chciałabym się dokształcać, pisać bloga, wejść głębiej w tajniki Tarota…
bo właśnie to daje mi szczęście.

Napisałam już jedną książkę — i kiedy tylko uda mi się ją wydać, na pewno się o tym dowiecie.
A teraz siedzę nad drugą, bo słowa same we mnie dojrzewają.
Dlatego te osiem godzin spędzanych w pracy czuję czasem jak stracony dar,
bo mogłabym je spożytkować inaczej — na tworzenie, na rozwój, na prawdziwe życie.

Odkąd zaczęłam poznawać świat z nowej perspektywy, odkryłam, że praca nad sobą to nie jest coś,
co można robić „przy okazji”.
To spotkanie z własną duszą — a ona nie lubi pośpiechu.
Wymaga ciszy, obecności i pełnej uwagi.

Nie da się wejść w głąb siebie w przerwie na kawę między mailem a spotkaniem.
Nie da się słuchać intuicji, gdy w głowie wciąż dzwoni biurowy telefon.
Dlatego coraz częściej czuję, że moja praca zawodowa… mnie blokuje.
Nie tylko czasowo, ale też energetycznie.

Bo jak przestawić się z chaosu w ciszę,
gdy umysł wciąż pracuje na pełnych obrotach, a serce woła o spokój?

Dlatego wybaczcie mi, że moje rozdziały na blogu pojawiają się czasem tak rzadko i nieregularnie.
Ten, kto pisze, wie, że żeby stworzyć kilka szczerych linijek, potrzeba świeżego umysłu, spokoju i chwili skupienia.
A w wirze codzienności trudno o ciszę, w której można naprawdę usłyszeć siebie.

Niestety, na razie nie mam jeszcze takiej możliwości, by rzucić wszystko i po prostu robić to, co kocham.
Ale wierzę z całego serca, że przyjdzie taki dzień, kiedy to, co daje mi radość, stanie się też moim źródłem utrzymania.

Czasem mam wrażenie, że system trzyma nas wszystkich w rytmie: praca – rachunki – obowiązki – zmęczenie.
Jakby ktoś zaprojektował to tak, żebyśmy nie mieli już siły na prawdziwe życie.
Ale powiem wam jedno – ja już tego nie kupuję.
Nie chcę tak żyć.

Dlatego powoli, krok po kroku, chcę coś zmienić.
I wiem, że mi się uda – tylko potrzeba na to czasu.

Bo to uczucie znużenia moją obecną pracą to nie kara od Wszechświata.
To sygnał.
To impuls, który ma mnie obudzić i popchnąć dalej — ku zmianie, ku sobie, ku życiu, które ma sens.

Dlatego zaczynam od początku — od zmiany myślenia.
Bo to właśnie mogę zrobić już teraz.
Tego nikt nie może mi zabronić.

Każda zmiana zaczyna się od myśli.
To myśl rodzi działanie,
a działanie tworzy rzeczywistość,
która może całkowicie odmienić nasze życie.

Więc wstając rano, już nie mówię: „Znowu muszę iść do pracy”,
tylko: „Idę tam po nowe lekcje – obserwować ludzi i siebie”.
Brzmi może jak zdanie z internetowego cytatu, ale to naprawdę działa,
bo zmienia punkt widzenia.

A kiedy ktoś mnie tam wyprowadza z równowagi,
nie myślę już: „wszyscy mnie denerwują”,
tylko: „ok, to dziś uczę się cierpliwości i stawiania granic w praktyce”.

Nie wychodzi mi to zawsze (daleko mi jeszcze do mistrza zen 😉),
ale odkąd zaczęłam inaczej patrzeć na codzienność,
czuję mniej złości, a więcej spokoju.

Przestałam się spieszyć.
Nie gonię już za wszystkim naraz.
I nagle — wszystko samo zaczęło się układać.
Jakby Wszechświat tylko czekał, aż przestanę machać rękami
i pozwolę mu działać po swojemu.

Bo właśnie od takich drobiazgów zaczyna się prawdziwa zmiana —
nie od wielkich rewolucji, tylko od małych decyzji,
które podejmujemy każdego dnia w naszych głowach.

A jeśli czasem moja cierpliwość znowu dostaje test od życia…
to już wiem, że to nie kara.
To Wszechświat po prostu sprawdza, czy naprawdę nauczyłam się spokoju,
czy tylko o nim mówię.

Bo przecież bez tych drobnych wyzwań nigdy byśmy nie zaczęli czegoś zmieniać w sobie.
Czasem musi pojawić się mały chaos, żeby mogła narodzić się harmonia.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

2 myśli w temacie “Kiedy praca przestaje cieszyć – czyli nie chcę już tylko zarabiać, chcę też żyć.”

Odpowiedz na Kasia Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *