„Wakacje inaczej – czyli jak wyjazd stał się lustrem mojej przemiany”


Och, jak ja się za Wami stęskniłam! 💛
Choć wielu z Was nigdy nie spotkałam, czuję Waszą dobrą energię.
Bo jeśli tu jesteście, czytacie moje słowa, wracacie po kolejne rozdziały — to znaczy, że coś nas łączy.
I chyba się po prostu lubimy, prawda? 😊

Wróciłam już tydzień temu, ale musiałam się najpierw… przeprogramować na życie w matrixie.
Wiecie, po dwóch tygodniach beztroski, słońca i braku pośpiechu człowiek trochę zapomina, jak to jest funkcjonować w świecie, gdzie wszyscy gonią — tylko nie bardzo wiadomo dokąd.
Potrzebowałam chwili, żeby z „trybu duszy” znowu wskoczyć w „tryb człowieka”. 😅

Najlepiej to w ogóle bym nie wracała.
Siedziałabym dalej w tym ciepłym klimacie, z kawą w dłoni i słońcem na twarzy, pisząc dla Was moje spostrzeżenia i przemyślenia.
Ale niestety… mój stan konta bankowego odpalił czerwoną lampkę rezerwy i zaczął wysyłać powiadomienia:
„Halo, dziewczyno, czas wracać i zarobić na kolejne wakacje!”

Mogłam, co prawda, zapytać o pracę w hotelu i zostać tam na dłużej — kto wie, może jakoś bym się odnalazła w roli recepcjonistki z widokiem na morze.
Ale w domu czekały na mnie moje dwa koty… lekko obrażone, że nie zabrałam ich ze sobą.
No dobra, pożartowałam — choć kto ma kota, ten wie, że o fochy nietrudno.

A teraz wracamy do tematu z tytułu.
Oczywiście w kolejnych rozdziałach opowiem Wam też o tym, co działo się po moim rozstaniu — ale to zostawiam na później.
Na razie wciąż unoszę się w wakacyjnym nastroju i wolę podzielić się z Wami tym, co lekkie, ciepłe i pełne słońca.

Od dłuższego czasu czuję, że coś we mnie się zmienia.
Inaczej patrzę na życie, na ludzi, na to, po co tu w ogóle jesteśmy.
Ale dopiero te wakacje uświadomiły mi, jak bardzo zmieniło się moje wnętrze.
Dwa lata temu byłam w tym samym kraju, z tą samą grupą, w podobnym hotelu – a jednak… wszystko było inne.
Bo inna jestem ja.

Dwa lata temu goniłam za drinkami, zabawą do białego rana, beztroską i szaleństwem.
A teraz przez chwilę miałam wrażenie, że się popsułam.
Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje – byłam wręcz zła na siebie, że tyle czekałam na te wakacje, a teraz nie potrafię się dobrze bawić.
Męczył mnie tłum ludzi, krzyki dzieci, hałasy zza ściany, gdy sąsiedzi przenieśli zabawę z basenowego baru do pokoju.

Myślałam, że coś jest ze mną nie tak.
Że może PESEL w końcu mnie dogonił — jak to stwierdził mój brat, kiedy zwierzyłam mu się z moich odczuć.
Pomyślałam, że może nie powinnam już jeździć w takie miejsca pełne ludzi i energii.
Może to już czas, żeby zarezerwować sanatorium w Ciechocinku i – jak Grażynka – wróżyć tam z kart.

Nie mogę powiedzieć, że byłam niezadowolona – wręcz przeciwnie.
Miejsce było przepiękne, hotel wręcz pysznił się swoim przepychem, jedzenie jak z programu MasterChef, a pogoda – dokładnie taka, jaką kocham.
Ciało miałam opalone jak czekoladka, byłam wypoczęta, zrelaksowana…
Tylko że tym razem coś innego dawało mi poczucie spełnienia.
Nie szukałam już wrażeń, które kiedyś podnosiły mi adrenalinę – teraz wolałam ciszę, spokojną rozmowę, leniwe chwile na leżaku i kawę zamiast piwa.
Nie poznawałam siebie. Momentami czułam się jak odludek, który przypadkiem wylądował nie na tej planecie, na której powinien.

I wtedy zrozumiałam, że właśnie to jest ta przemiana, o której wszyscy mówią, gdy zaczynasz pracę z duchowością i samą sobą.
Mówią, że przebudzenie potrafi „popsuć” przyjemności, które kiedyś dawały radość – bo nagle przestają mieć smak.
Dziś wiem, że to nie ja się zepsułam, tylko moja dusza zaczęła szeptać: „to już znasz, teraz chcesz czegoś więcej”.
I to wcale nie znaczy, że stałam się odludkiem, jak wtedy o sobie pomyślałam.
To po prostu znak, że moja dusza przeszła w tryb jakości, a nie ilości.

Nie żałuję tej zmiany.
Nie tęsknię za dawną sobą, choć czasem jeszcze łapię się na tym, że próbuję ją odnaleźć – tak z przyzwyczajenia.
Ale prawda jest taka, że ta nowa ja naprawdę mi się podoba.
Czuję się spokojniejsza, bardziej świadoma, mniej zależna od tego, co myślą inni.
Tylko… potrzebuję jeszcze trochę czasu, żeby to wszystko w pełni zrozumieć i zaakceptować.
Bo to ogromny przeskok – z życia w chaosie i pośpiechu do życia w uważności i spokoju.
Na początku przebudzenie wcale nie wygląda jak objawienie – raczej jak zamieszanie w głowie, jakbyś nagle przestała pasować do swojego dotychczasowego świata.
Ale potem przychodzi ten moment, kiedy czujesz: tak, to ja – taka właśnie miałam się stać.

Na razie żyję w lekkim chaosie — takim kontrolowanym, duchowo-rozwojowym 😉
Szukam siebie, próbuję się oswoić z tą nową wersją mnie, a przy okazji… przyzwyczajam do niej moich bliskich.
Bo wiecie, nie chciałabym, żeby pomyśleli, że trzeba mnie leczyć — wystarczy, że leczę się z poprzedniej wersji siebie.
I jeśli to właśnie jest przebudzenie, to powiem Wam jedno: niech trwa, bo pierwszy raz od dawna czuję, że naprawdę żyję.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

3 myśli w temacie “„Wakacje inaczej – czyli jak wyjazd stał się lustrem mojej przemiany””

  1. A ja bardzo lubię tę nową wersję Ciebie,nie miałam okazji poznać dobrze Twojej odległej już wersji,ale ta powoduje, że bardzo dobrze mi się z Tobą rozmawia…i mam wrażenie, że jesteśmy do siebie trochę podobne i cieszą nas w życiu rzeczy o które byśmy nie podejrzewały siebie parę lat temu.😊

    Polubione przez 1 osoba

  2. Doskonale czuję to co piszesz, zwłaszcza o zmianie ilości na jakość. I porzuceniu tego co kiedyś cieszyło, było odpoczynkiem na rzecz spokoju. Jedynie zamiłowania do ciepła nie czuję 😉 Dziękuję za ten wpis.

    Polubienie

    1. Dziękuję Ci z całego serca 💛
      Cieszę się, że to czujesz — ta zmiana z „ilości” na „jakość” potrafi naprawdę przewrócić życie do góry nogami, ale w najpiękniejszy sposób.
      A co do ciepła… no cóż 😄 ja chyba w poprzednim wcieleniu byłam jaszczurką, bo bez słońca nie funkcjonuję!

      Polubione przez 1 osoba

Odpowiedz na Katarzyna Kacprzak Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *