
Połączenie toksyka i alkoholika to mieszanka nie do ogarnięcia dla osoby, która sama jest zagubiona w swoim świecie. To trucizna, która wnika w skórę, rozlewa się po duszy i niszczy wszystko, co napotka – bezwzględnie, bez żadnych skrupułów.
Próbujesz trzymać się na powierzchni. Udajesz, że wszystko jest w porządku. Uśmiechasz się do sąsiadów, myjesz butelki po mleku, wstawiasz kolejne pranie. Ale w środku toniesz. Coraz częściej łapiesz się na tym, że czujesz się niepotrzebna, niewystarczająca, głupia. A przecież to nie są twoje myśli. To echo jego głosu, który rozgościł się w twojej głowie.
W pewnym momencie takich ludzi nie jesteśmy już w stanie ani uszczęśliwić, ani zrozumieć. Bo im nie chodzi o szczęście, tylko o władzę. Z toksycznym człowiekiem nie wygrasz słowem. Nie przemówisz do serca – bo ono nie słucha. Ono nie chce cię zrozumieć. Ono chce tobą sterować. Czerpie z twoich emocji pożywkę dla swojego ego, a potem jeszcze obwinia cię za to, że płoniesz.
Denerwowałam go chyba samą swoją obecnością. Tym, że oddychałam obok. Że zwracałam uwagę na finanse, na alkohol, na to, że przestał o siebie dbać. Pomocy w domu – prawie żadnej. No, chyba że coś ugotował, ale tylko dlatego, że sam lubił dobrze zjeść.
Prowadziliśmy życie bez planu. Codziennie to samo. On – praca. Ja – dom i dziecko. Czasem spacer, ale nie za długi. Życie towarzyskie? W tamtym okresie nie wiedziałam nawet, co to znaczy. Znajomych nie mieliśmy. Oprócz tych, którzy już wcześniej uciekli z tego wspólnego koszmaru, który nazywaliśmy kiedyś „mieszkaniem”. Ale i z nimi kontakt był tylko sporadyczny – nadal mieli czkawkę po tamtym epizodzie.
Czułam się pusta . Jakby coś mnie rozrywało od środka, kawałek po kawałku. Nie umiałam tak funkcjonować. Nie cieszyło mnie nic – ani seriale, które nic nie wnosiły do mojego życia, ani codzienność, która była jak powtarzająca się taśma.
Miałam 37 lat, a czułam się, jakbym była u schyłku życia. Jakby wszystko już się wydarzyło, wszystko, co miało być dobre – już minęło. A teraz zostało tylko czekanie. Na koniec.
Dusiłam się. W tym kraju. W tym domu. W tym związku.
Często zastanawiałam się, jak to wszystko zmienić. Co zrobić, żeby tchnąć w nasze życie choć odrobinę sensu, planu, kierunku. Żebyśmy obrali jakiś cel – wspólny, choćby mały. Może zacząć odkładać na zagraniczne wakacje? Albo na odwiedziny w Polsce?
Ale nie. On zawsze wszystko kwitował głupim żarcikiem.
– No przecież jesteś za granicą… Traktuj to jak takie wakacje!
Tylko że ja nie byłam na wakacjach. Byłam w klatce.
Pewnego dnia powiedziałam, że wracam.
Że nie zostanę tu ani chwili dłużej.
Nie spodziewałam się jego reakcji.
Podbiegł do mnie i z siłą wyrwał mi dziecko z rąk.
Jego oczy były zimne, a w głosie nie było ani śladu człowieka, którego kiedyś znałam.
– Teraz możesz lecieć – rzucił z pogardą. – Ale bez dziecka. Ono jest tylko moje. Ty zrobiłaś swoje. Byłaś potrzebna jak inkubator – żeby je donosić i urodzić. Teraz nie masz już żadnych praw.
Nie mówił tego cicho. Nie mówił nawet krzykiem.
On wrzeszczał.
W oczach miał błysk obłędu. Agresja wylewała się z każdego jego słowa.
A ja? Ja też już nie wytrzymałam.
Emocje, które tłumiłam miesiącami, w końcu znalazły ujście.
Zapytałam:
– Ty naprawdę kochasz tego małego człowieka? Czy tylko pieniądze, które przez niego dostajesz?
Wtedy stracił resztki kontroli.
Podbiegł do mnie, złapał za ramiona i zaczął szarpać.
Próbowałam się wyrwać, odpychałam go, ale on był silniejszy.
Popychał mnie raz po raz, jakby chciał udowodnić, że jestem niczym.
Krzyczał, a jego oczy były pełne wściekłości, której wcześniej starałam się nie widzieć.
W końcu z całej siły popchnął mnie w stronę drzwi i wyrzucił z domu.
Tak jak stałam – w kapciach, w rozciągniętym dresie, bez niczego.
Za mną zatrzasnęły się drzwi.
Został tylko jego wrzask:
– Nie waż się nawet tu wracać!
…i płacz mojego dziecka.
Przez chwilę nie wiedziałam, co się tak naprawdę wydarzyło.
To wszystko działo się za szybko – wrzask, szarpnięcie, drzwi zatrzaśnięte tuż za mną. Musiałam ogarnąć myśli, uspokoić emocje, opanować łzy, choć żadna z tych rzeczy nie przychodziła łatwo.
Mimo szoku i bólu, musiałam zacząć trzeźwo analizować sytuację.
Bo tu nie chodziło już tylko o mnie.
W tym domu zostało moje dziecko.
Małe, bezbronne, pewnie równie przerażone jak ja.
Nie mogłam tam wrócić.
Nie po tym, jak zobaczyłam tę furię w jego oczach.
To już nie był ten sam człowiek.
Pierwszy raz naprawdę się go bałam. Nie chodziło o zwykły strach przed kłótnią – to było coś głębszego, zwierzęcego, jakby w jednej chwili opadła z niego cała ludzka powłoka i zostało tylko czyste szaleństwo.
Mogłam przeczekać… Usiąść gdzieś na ławce, pozwolić, żeby opadły emocje, żeby ochłonął.
Ale coś we mnie – intuicja, dusza, może samo życie – mówiło jasno:
Nie wracaj. Nie tym razem.
Bo jeśli wrócę, może być tylko gorzej. A ja muszę zachować siły. Dla siebie. Dla dziecka. Dla przyszłości.
Nie miałam tu nikogo. Żadnej rodziny, żadnej przyjaciółki, żadnego bezpiecznego miejsca.
Tylko tych znajomych z Polski, z którymi kiedyś dzieliliśmy mieszkanie.
Nie była to przyjaźń od serca, ale był między nami szczery szacunek i życzliwość.
Skręciłam w znajomą ulicę i skierowałam kroki w stronę ich domu, mając nadzieję, że ktoś otworzy. Że mnie nie odprawią. Że zrozumieją.
Oni też byli w szoku.
W drzwiach zobaczyli mnie w rozciągniętym dresie, w kapciach, zapłakaną, roztrzęsioną – i nie zadali ani jednego zbędnego pytania.
Wpuścili mnie do środka, zrobili herbatę, usiedli obok.
Nie musiałam mówić wiele. Wiedzieli, że wydarzyło się coś bardzo złego.
Siedziałam u nich kilka godzin.
Serce mi waliło, myśli galopowały, ale w głębi duszy miałam jedną naiwną nadzieję:
Że zadzwoni.
Że przeprosi.
Że zrozumie, że przesadził, i poprosi, żebym wróciła – choćby dla dobra dziecka.
Ale godziny mijały.
Żadnego SMS-a. Żadnego telefonu.
Tylko ta coraz cięższa cisza i pytanie w głowie: co teraz z moim dzieckiem?
W końcu mój kolega nie wytrzymał.
Powiedział, że pójdzie tam, spróbuje z nim pogadać jak facet z facetem, wybada, co się dzieje, może go otrzeźwi.
Nie minęło nawet dziesięć minut, a już wrócił.
Widziałam po jego twarzy, że nic z tego.
– Przykro mi – powiedział cicho. – Kazał mi się nie wpierdalać i… żebym ci przekazał, że dziecka już nie zobaczysz.
Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, jak działa prawo w tym kraju.
Czy w ogóle mogę liczyć na jakąkolwiek pomoc? Czy ktokolwiek stanie po mojej stronie?
Ale nie miałam wyboru.
Nie mogłam zostawić dziecka w rękach człowieka, który nie panował nad sobą, który był rozjuszonym alkoholikiem.
Z drżącymi rękami sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam na policję.
Przyjechali zaskakująco szybko.
Najpierw do domu moich znajomych – żeby mnie wysłuchać, zrozumieć sytuację, spisać protokół i… zapytać, czego oczekuję.
To pytanie mnie zaskoczyło.
Brzmiało jak: „Zrobimy to, czego potrzebujesz.”
Nie było w nich ani grama osądu.
Zero chłodu czy dystansu, do jakiego byłam przyzwyczajona.
Byli… wspierający.
Jakby to nie była policja, tylko jakaś emocjonalna pomoc kryzysowa.
Jakby ktoś wreszcie potraktował mnie poważnie.
Nie mogłam uwierzyć, że tak tu działają służby.
W Polsce nikt by mnie nawet nie wysłuchał – a tu dostałam nie tylko wsparcie prawne, ale i zwykłe, ludzkie zrozumienie.
– Chcę tylko odzyskać dziecko – powiedziałam w końcu, już spokojniejszym głosem, w którym czaiła się ulga.
Ulga, że nie jestem sama. Że ktoś w końcu stanął po mojej stronie.
Policjanci kiwnęli głowami ze zrozumieniem.
– Oczywiście, pomożemy – odpowiedzieli. – Ale będziemy musieli również go zatrzymać.
Zamarłam.
– Doszło do szarpaniny, a to jest naruszenie nietykalności osobistej – tłumaczyli dalej.
– Wyrzucił cię z domu, co oznacza bezprawne pozbawienie miejsca zamieszkania. Jeżeli rzeczywiście jest pod wpływem alkoholu, nadal może zagrażać zarówno tobie, jak i dziecku.
Słuchałam tego jak w transie.
Z jednej strony chciałam tylko zobaczyć syna, zabrać go i uciec jak najdalej.
Z drugiej – coś we mnie drgnęło.
Jakby ktoś w końcu powiedział mi głośno:
„To, co ci zrobił, nie jest normalne. To nie jest twoja wina.”
– Żebyśmy mogli działać, potrzebujemy tylko jednego – dodał policjant. – Twojego podpisu pod protokołem.
Oficjalnego zgłoszenia.
Patrzyłam na długopis, który mi podali.
To nie był tylko podpis.
To była decyzja, której nie da się cofnąć.
To było przecięcie pępowiny z przemocą.
Ale miałam już dość strachu.
Dość czekania, aż sam „zrozumie” i „się opamięta”.
Wzięłam oddech i złożyłam podpis.
Uwierzcie mi – naprawdę byłam w szoku, że tak to tu działa.
W Polsce? Pewnie skończyłoby się na jakimś pouczeniu.
Może nawet na tym, że kazano by nam „dojść do porozumienia” i zostawić sprawę „w rodzinie”.
I nadal mieszkalibyśmy razem pod jednym dachem.
Tyle że z jeszcze większym napięciem, strachem i bólem.
A tu…
Tu nie tylko mnie wysłuchano.
Tu zostałam potraktowana poważnie.
Z całym tym moim „nic nie wiem, nic nie rozumiem, pierwszy raz w życiu coś takiego”.
Byłam szczęśliwa, że go zabiorą.
Że choć na chwilę zniknie z pola widzenia.
Że będę mogła spokojnie pomyśleć, co dalej.
Ale… z drugiej strony, bałam się tego, co będzie, gdy wyjdzie.
– Nie doszło do pobicia, więc prawdopodobnie jutro rano będzie na wolności – uprzedził mnie funkcjonariusz. – Ale jeśli przyjedziesz na komisariat i dopełnimy reszty formalności, będziesz się mogła starać o zakaz zbliżania, jeśli uznasz, że on nadal wam zagraża.
Zabrali go.
Bez krzyków, bez szarpania, bez cienia oporu.
Tylko spojrzał na mnie z tym swoim zimnym uśmiechem i syknął:
– Do zobaczenia jutro, kochanie.
I tym jednym zdaniem… przypieczętował moją decyzję o ucieczce.
Nagle dostałam powera, jakby ktoś zresetował mi system operacyjny i wrzucił nową aktualizację.
Mój mózg odpalił się jak stara kuchenka gazowa – z lekkim opóźnieniem, ale za to z hukiem.
Pierwszy telefon?
Do mojej kuzynki. Przedstawiłam jej sytuację i zapytałam, czy mnie przygarnie na jakiś czas.
Wiedziałam, że nie muszę pytać – ona to ten typ człowieka, który wpuściłby mnie nawet o trzeciej w nocy, w samych skarpetkach i z rozmazanym tuszem, bez pytań. Ale wypadało dać znać.
Drugi telefon?
Do koleżanki z dawnej pracy. Kontakt miałyśmy raczej sporadyczny, ale czasem to wystarczy.
Zapytałam, czy mogą mnie zawieźć do innego miasta.
Nie zadali nawet jednego pytania – po prostu staneli na baczność jak drużyna ratunkowa z amerykańskiego filmu i powiedzieli, że jadą.
Spakowałam się w ekspresowym tempie.
Dwie torby – to było wszystko, co mogłam i chciałam ze sobą zabrać z tego życia.
Paszportu dziecka nie znalazłam. Musiał go gdzieś schować.
Ale nie to było teraz najważniejsze.
Najważniejsze było wydostać się stąd jak najszybciej.
I tym sposobem…
Znalazłam się w miejscu, w którym mieszkam do dziś.
Ale to – wierzcie mi – nie był jeszcze koniec.
Nie zawsze uciekamy dlatego, że jesteśmy słabi.
Czasem uciekamy, bo wreszcie zrozumiałyśmy, ile jesteśmy warte.
Bo życie, w którym trzeba prosić o miłość, szacunek czy bezpieczeństwo –
to nie życie, tylko przetrwanie.
A ja nie chciałam już przetrwać.
Chciałam żyć.
A Wy?
Czy mieliście kiedyś moment, w którym zrozumieliście, że trzeba wybrać siebie, choć to oznacza zostawienie wszystkiego za sobą?
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Człowiek zawsze wmawia sobie, że będzie dobrze. Nie będzie! Dziewczyna, którą uważałem za przyjaciółkę, zwierzyła mi się, że straciła 5 lat z facetem, który najpierw był słodziutki, a potem wyzywał od najgorszych i ją bił. Szybko zakochała się w nowym facecie, który od początku miał instrukcję jej obsługi. Zerwała ze mną… przyjaźń! (czy przyjaźń można zerwać ot tak, bez powodu, z kaprysu?). Była wtedy po trzydziestce i nawet jeszcze nie zaczęła zawodowej kariery. Muszę być niezależna i chcę zostać matką – mówiła. Życzę jej jak najlepiej, bo nie zarwałem z nią przyjaźni, a tylko kontakty na jej życzenie. Nie wiem, czy jest jeszcze w tym związku, oby! Życiowe wybory są zawsze trudne, ale nie zawsze dobre. Tak jesteśmy stworzeni.
PolubieniePolubienie
Dziękuję, że się tym podzieliłeś. Masz rację – życiowe wybory bywają trudne i każdy z nas musi się na nich uczyć.
PolubieniePolubienie