
Zanim jednak spakowałam walizkę i zanim cała historia zaczęła się kręcić w nowym kierunku…
muszę opowiedzieć Wam jeszcze o czymś.
O czymś, co zrozumiałam dopiero po czasie.
O czymś, co było w tle tej wielkiej miłości – jak cichy dźwięk, którego wtedy jeszcze nie słyszałam.
A dziś wiem, że to było wysysanie. Powolne, niezauważalne… ale skuteczne.
Krok po kroku, dzień po dniu – energia ze mnie znikała.
Po jego ponownym wylocie nie czułam się już tak, jak za pierwszym razem.
Nie było we mnie tej samej energii. Nie było radości życia.
Byłam wypompowana – jak woda z basenu po sezonie.
Wtedy tłumaczyłam to sobie po swojemu:
„To na pewno przez to, że był krótko… i że te kilka dni spędziliśmy bardzo intensywnie.”
No bo oczywiście – musieliśmy odwiedzić wszystkich jego znajomych,
żeby mógł z dumą obwieszczać, jakie to teraz ma cudowne życie.
A ja?
Czułam się nie tylko zmęczona, ale i winna.
Winna, że przez chwilę zwątpiłam w nasze wspólne plany.
Bo on – niby spokojnie, niby żartem – ale z tą znajomą szpileczką
przypomniał mi, że „przez moje humory” musiał specjalnie przylecieć, żeby znów mnie przekonać.
A to przecież kosztowało. I to niemało.
Teraz już wiem, że te wszystkie jego zagrywki były jak popychadła –
wpędzały mnie w odchłań, z której on czerpał siłę.
Im bardziej ja więdłam, tym on rósł.
Bo prawie zawsze przyznawałam mu rację –
a wtedy stawał się ważny, mądry, doskonały.
I tym go karmiłam.
Dzień po dniu, kawałek po kawałku – oddając siebie w zamian za jego dobre samopoczucie.
Czy zdajecie sobie sprawę, jak rozpoznać trudnego człowieka od wampira energetycznego?
Ja – już tak.
Trudny człowiek to ktoś, z kim możesz się pokłócić, ale potem razem się śmiejecie.
Możesz się nie zgadzać, ale nadal czujesz się sobą.
Czasem cię wkurzy, czasem cię zawstydzi – ale nie wysysa z ciebie życia.
A wampir energetyczny?
On cię nie rani wprost – on cię podgryza.
Delikatnie. Słowami. Ciszą. Krzywym spojrzeniem.
To ktoś, przy kim zaczynasz się siebie wstydzić, przestajesz ufać swojej intuicji.
Zaczynasz się kontrolować – coraz bardziej i bardziej – żeby nie wywołać jego fochów, gniewu, zawodu.
I nagle – nie wiesz już, kim jesteś bez niego.
Ale on doskonale wie, kim jest przy tobie.
Bogiem. Alfą. Światłem.
A ty… tylko baterią.
Więc w tamtym okresie moja bateria… no cóż – wynosiła może 12%.
I to tylko dlatego, że kawa była mocna, a koleżanki jeszcze nie zrezygnowały ze mnie całkiem.
Ale ja wtedy tego nie zauważałam.
Nie przyszło mi nawet do głowy, że istnieją ludzie, których określa się takim słowem jak wampir energetyczny.
Bo wtedy – moi drodzy – to nie było tak, że klikasz sobie „dlaczego czuję się jak zdechły ziemniak w relacji” i wujek Google w sekundę sypie diagnozą.
Wtedy co najwyżej mogłaś iść do biblioteki i wypożyczyć „Kobiety, które kochają za bardzo”,
a pani z okienka patrzyła na ciebie tak, że miałaś ochotę dołożyć do tego „i za głupio”.
Ale ja się jeszcze wtedy nie śmiałam.
Ja jeszcze wtedy szukałam winy w sobie.
Bo przecież miałam cudownego chłopaka, który rzucał „I miss you” na prawo i lewo
i przyleciał z innego kraju tylko po to, żeby mnie uspokoić.
No. To czemu by się nie cieszyć, co?
Ale…
Gdy tylko w świat poszła wieść, że jednak podjęłam decyzję o wyjeździe –
do mojego domu zaczęły ciągnąć pielgrzymki.
Znajomi, rodzina, dalsi kuzyni, sąsiadka od wrzasków z trzeciego piętra – wszyscy.
Każdy z tym samym wyrazem twarzy:
przerażenie w oczach i „chyba oszalałaś” na języku.
Niektórzy mówili to wprost.
Inni owijali w bawełnę typu:
„No wiesz, to duża zmiana…” albo „A co z dzieckiem?” albo moje ulubione:
„A jak ty się tam odnajdziesz?”
No nie wiem, Zosiu. Może przez Google Maps?
Najlepsza była ciocia – ta, która wcześniej zlinczowała mnie za sam fakt, że miałam kontakt z wróżką.
Tym razem wbiegła z krzyżykiem w dłoni i święconą wodą w torebce.
Spojrzała na mnie, jakbym nie planowała wyjazdu, tylko podpalenie klasztoru.
Zaczęła coś szeptać pod nosem, a potem syknęła:
„Grzesznica! Tak dom porzucać! Dziecko narażać! Facet za granicą to tylko kłopoty!”
Na koniec poprawiła żakiecik i wyszła z godnością, jakby właśnie ocaliła mi duszę.
Teraz opowiadam to z uśmiechem –
bo mam już do tamtej sytuacji dystans.
Ale wtedy… wtedy nic nie było śmieszne.
Wtedy to była walka o to, by nie zwątpić w siebie,
gdy wszyscy wokół już zdążyli.
Musicie też pamiętać, że takie energetyczne pasożyty nie występują tylko w związkach.
Oj nie. One mają różne twarze.
Czasem udają Twojego najlepszego przyjaciela – takiego, co niby wspiera, ale jakoś dziwnie czujesz się po każdej rozmowie… jakbyś właśnie przebiegła półmaraton w kapciach.
Czasem to koleżanka z pracy, która „przypadkiem” zawsze ma biurko obok i żyje Twoim życiem bardziej niż swoim, a jak pójdzie na urlop to odpoczywają wszyscy.
A czasem… to sąsiadka.
Wchodzi niby tylko po sól, a zostaje dwie godziny – dopóki nie wypyta, nie wyciągnie wszystkiego i nie wyjdzie z pełnym brzuchem Twoich porażek, jakby zbierała je do słoika na czarną godzinę.
I zanim się zorientujesz, czujesz się jak zużyta bateria.
Dlatego uczcie się ich rozpoznawać. Szybciej niż ja.
Dziś już nie jestem bufetem energetycznym dla nikogo. Kto głodny – niech najpierw zapyta, czy może usiąść przy moim stole.
I tak – mimo że czułam się wtedy jak stacja benzynowa, do której wpada się tylko zatankować emocje – to nadal wierzyłam, że to wszystko ma sens.
Ale zanim poleciałam…
wydarzyło się coś jeszcze.
Coś, co przyszło z innego świata.
Ale o tym… w kolejnym wpisie.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.
Świetnie przedstawilas tego wampira energetycznego,to otworzyło mi oczy ilu ludzi takich ludzi mam wokół wśród znajomych,zaczynam rozpoznawać.
PolubieniePolubienie
Cieszę się, że coś Ci się rozjaśniło – świadomość to pierwszy krok do odzyskania własnej energii. Trzymam za Ciebie mocno kciuki!”
PolubieniePolubienie