„Zakochana, głucha i ślepa… czyli jak przegapić siebie w cudzym życiu.”


Dziś jestem zupełnie inną osobą niż byłam te kilkanaście lat temu.
Ale dojście do tego miejsca – by być tym, kim jestem, i żyć tak, jak teraz żyję – kosztowało mnie wiele pracy ze sobą.

Teraz otaczam się ludźmi, którzy mnie wzmacniają, a nie wyczerpują.
Bo prawda jest taka, że niektórzy ludzie potrafią zmęczyć do cna – emocjonalnie, energetycznie, życiowo.
Dlatego nauczyłam się robić selekcję. Świadomą, zdrową i potrzebną.

Nie potrzebuję już w swoim świecie emocjonalnych pijawek, dwulicowców, dręczycieli czy podcinaczy skrzydeł.
Wybieram siebie.
Wybieram spokój, dobrą książkę i kubek pysznej latte.
Wybieram ludzi, którzy przynoszą światło, nie cień.

To ja decyduję, z kim się spotkam i kiedy.
Nikt mi już niczego nie narzuca.

Ale wtedy…
Wtedy byłam niewolnikiem własnej relacji.

Zupełnie się pogubiłam.
Zapomniałam o sobie, o swojej intuicji, o słowach Grażynki, które kiedyś wyznaczały mi kierunek.
I poszłam… ale w zupełnie inną stronę.

Poszłam za jego kłamstwami.
Za obietnicami bez pokrycia.
Zamiast żyć swoim życiem – żyłam jego.
To on wybierał mi znajomych.
To on decydował, kiedy i czy w ogóle mogę spotkać się z koleżankami.
A gdy zabraniał – zawsze w trosce. „Bo może stać ci się krzywda, gdy nie ma mnie obok.”

Oddalał mnie od rodziny.
A ja… pozwalałam.
Wierzyłam, że to wszystko z miłości.
Że naprawdę wie, co dla mnie najlepsze.

Żona faktycznie istniała.
Nie była z bajki ani z reklamy proszku do prania – żywa, realna, z dokumentami na to i zapewne wspólnym kredytem.
Ale on tylko wzruszył ramionami:
– No przecież i tak mieszkam z tobą. Nie mam czasu latać po sądach i się rozwodzić, ale kiedyś to zrobię. Obiecuję.

No i dotrzymał słowa.
Rozwiódł się.
Piętnaście lat później.
Gdy już nie byliśmy razem.
Brawo za konsekwencję.

Jeszcze wtedy nie odeszłam.
Jeszcze trzymałam się tej iluzji – opakowanej w piękne słowa i cudowne prezenty (przeważnie na przeprosiny, wiadomo).

Umiał zorganizować wszystko tak, że znajomi zazdrościli – wypady nad jeziora, weekendy w górach, imprezy jak z katalogu „Żyj kolorowo”.
No żyłam. Kolorowo. Ale trochę jak kredka w czyimś piórniku – niby maluję, ale nie swoim ruchem.

Bo jedno się nigdy nie zmieniało: kontrola.
Zawsze razem, nigdy osobno.
Ja i mój osobisty cień.
Mój… Pan Wszechogarniacz – bo on wszystko wiedział najlepiej.
Gdzie mam iść, z kim mam rozmawiać, o której wrócić i jak oddychać, żeby mu nie przeszkadzać.

Dziś, kiedy patrzę na tamtą siebie, mam ochotę ją przytulić i szepnąć:
„Otwórz oczy, kochana. To nie jest miłość. To pułapka w ładnym opakowaniu.”

Ale wtedy… ja naprawdę wierzyłam, że on mnie kocha.
I że wszystko ma sens.
A może raczej – desperacko chciałam w to wierzyć.

Tak bardzo weszłam w jego świat, że przestałam słyszeć własny głos.
Zamilkła moja intuicja.
Zamilkło wszystko, co moje.

Nie myślałam samodzielnie – bo ktoś inny robił to za mnie.
Nie czułam siebie – bo byłam zajęta czuciem jego nastrojów, potrzeb i oczekiwań.

I chyba właśnie wtedy zgubiłam drogę do siebie.

Już teraz wiecie, dlaczego zapomniałam o Grażynce?

Bo o sobie też zapomniałam.

Co było dalej?

Pewnego dnia oznajmił mi, że wyjeżdża za granicę.
Bo „tu się nie da żyć”, „tu nie ma perspektyw”, „tu wszystko stoi w miejscu”.
Pojedzie, ogarnie wszystko i… po mnie wróci.

No i wrócił.
Zabrał.
Dlatego dziś jestem za granicą – tak jak przewidziała Grażynka.
(Serio, ta kobieta powinna mieć swój program w telewizji.)

Ale wtedy… doznałam szoku.
Jak to on mnie zostawia?!
Jak ja mam żyć bez niego?!
Jak mam funkcjonować, oddychać, jeść, mówić, spać?!
Czułam się, jakby ktoś miał mi zabrać GPS i powiedzieć:
„Radź sobie, kochana, teraz na wyczucie.”
A ja przecież ledwo trafiałam z kuchni do łazienki bez potknięcia się o własne emocje.

Bałam się tego.
Oj, jak się bałam.

Ale powiem wam jedno – niepotrzebnie.

Bo kiedy na lotnisku patrzyłam za odlatującym samolotem…
coś we mnie nagle… odetchnęło.
Tak szczerze.
Głęboko.
Odważnie.

Jakbym pierwszy raz od bardzo dawna złapała powietrze, które nie przeszło przez jego filtr.

Czy byłam wtedy głupio zakochana?
Tak.
Czy dałam się wkręcić jak dzieciak w watę cukrową?
Oczywiście.
Ale wiecie co?
Wszystko to miało sens.
Tylko jeszcze wtedy go nie znałam.

I jeśli Ty też dziś czekasz na jakiś znak…
to niech to będzie ten:

✨ Nie czekaj, aż on się zmieni.
✨ Nie tłumacz braku szacunku „jego ciężkim dzieciństwem”.
✨ Nie gub siebie, próbując się komuś zmieścić w ramy.

Odejdź, zanim zapomnisz, jak się śmiejesz,
zanim przestaniesz poznawać własny głos.
Zanim nazwiesz lękiem to, co kiedyś było Twoim domem…


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

1 myśl w temacie “„Zakochana, głucha i ślepa… czyli jak przegapić siebie w cudzym życiu.””

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *