„Mapa duszy w piżamie – czyli odkryłam, że sny mają głos”


Czy kiedyś zastanawialiście się nad tym, że sny mają znaczenie? Że próbują nam coś przekazać?

Ja odkryłam to przypadkiem… choć w przypadki przecież nie wierzę

Dziś już wiem, że każda noc to zaproszenie do magicznej podróży w głąb siebie, a sny są mapą naszej duszy.

Nigdy wcześniej nie zastanawiałam się nad tym, że sny mogą mieć jakiś głębszy przekaz.
Niektóre zapamiętywałam jako skrawki, inne ulatywały zaraz po przebudzeniu, a jeszcze inne omawiało się przy kawie ze znajomymi – bo były przerażające albo po prostu śmieszne.
Wtedy myślałam, że umysł po prostu potrafi płatać figle. Że sen to taki miks z dnia – zbieranina obrazów, emocji i dziwnych historii, które mózg wrzuca do jednego worka, zanim pójdzie spać na serio.

Ale z czasem coś zaczęło się zmieniać.

Zauważyłam, że niektóre sny zostają ze mną dłużej.
Nie dawały spokoju. Wracały w głowie jak piosenka, której nie da się przestać nucić.
I wtedy pierwszy raz przyszło mi do głowy pytanie:
A może to nie przypadek? Może one naprawdę chcą mi coś powiedzieć?

Pewnie niektórzy z was (ja też!) przynajmniej raz w życiu sięgnęli po egipski sennik, żeby sprawdzić, co oznacza popsuty ząb albo sąsiad zaglądający przez okno.

Ale z czasem zrozumiałam, że tu nie chodzi o to, by śledzić dosłowne znaczenia symboli.
Sen to nie horoskop z gazety. To nie jest gotowa instrukcja typu: „zobaczyłaś kota – spodziewaj się zdrady”.

Chodzi o coś głębszego.
O to, co dla mnie znaczy ten popsuty ząb. Albo to, dlaczego akurat ten sąsiad gapi się przez szybę.
Bo sny nie są uniwersalne – są osobiste.
Pisane w naszym własnym języku podświadomości. Sny to nie tylko śmieszne obrazki z nocnego kina.
To nie są przypadkowe puzzle z naszego dnia.

To wiadomości z wnętrza nas samych.
Z zakamarków duszy, do których nie sięgamy na co dzień.

I choć czasem brzmią jak zagadki – warto próbować je odczytać.
Z szacunkiem. Z ciekawością.
Bez senników i gotowych odpowiedzi.

Bo kiedy zaczynamy słuchać swoich snów…
one zaczynają mówić do nas jeszcze wyraźniej.

Miałam na pewno wiele takich snów, które próbowały coś mi przekazać –
same w sobie albo przez zmarłe już osoby.

Ale wtedy jeszcze nie umiałam ich interpretować.
Nie przyszłoby mi nawet do głowy, żeby się nad nimi głębiej zastanawiać.

Chociaż… była kiedyś jedna taka sytuacja.
Taka, która naprawdę dała mi do myślenia.

Ale muszę wam to opowiedzieć od początku.
Więc usiądźcie wygodnie i czytajcie – bo to jedna z tych historii, które dopiero po czasie zaczynają mieć sens.
Wtedy wydawała mi się dziwna, może nawet trochę absurdalna.
Ale dziś wiem, że ten sen naprawdę coś mi pokazał.
Dał wskazówki.
I pomógł zrozumieć więcej, niż mogłam przypuszczać.

Nie będę się rozpisywać o całym śnie – bo to nie on jako całość miał dla mnie znaczenie, tylko jeden, konkretny wątek.
Wątek, który wracał.
Sen przychodził do mnie kilkakrotnie, prawie identyczny – jakby chciał się upewnić, że tym razem naprawdę zwrócę na niego uwagę.

I chyba właśnie dlatego go zapamiętałam.
Do dziś mam go przed oczami.
I to właśnie ten powtarzający się motyw sprawił, że pierwszy raz w życiu pomyślałam:
sny naprawdę próbują się ze mną skontaktować.

Pracowałam wtedy w firmie, gdzie zatrudniano również sporo obcokrajowców.
Byłam singielką od dwóch lat, a moje hormony… cóż – zaczynały się powoli domagać swoich praw.
Nie żeby od razu wyszły na ulice z transparentami, ale szeptały mi do ucha: „Hej, może jednak trochę czułości?”

No i wdałam się w flirt z kolegą z tej samej zmiany.
Na początku to było zupełnie niewinne – uśmieszki, puszczanie oczek, jakieś „przypadkowe” muśnięcia dłoni, przytulanie z byle pretekstu.
Taki biurowo-halowy romantyzm w wersji light.

Nie było w tym nic konkretnego, ale dało się wyczuć… napięcie.
To przyciąganie. Te spojrzenia, które trwały pół sekundy za długo.
To coś, co jeszcze nie jest historią miłosną, ale już zdecydowanie nie jest tylko koleżeństwem.

Pewnego dnia wyszedł z propozycją spotkania.
Oczy mi się zaświeciły szybciej niż kontrolka od braku kawy w ekspresie – więc oczywiście ochoczo się zgodziłam.

Było naprawdę miło.
Trochę śmiechu, trochę wygłupów, nawet całkiem namiętny buziak na pożegnanie – taki z tych, co zostaje w głowie jeszcze długo po zamknięciu drzwi.
Ale byliśmy grzeczni.

Dlatego tym bardziej mnie zdziwiło, gdy kilka dni później, w pracy, zaczął mnie unikać.
Na początku myślałam, że może jest zajęty. Że może ma gorszy dzień.
Ale kiedy trzeci raz z rzędu zniknął za regałem z kartonami, zanim jeszcze zdążyłam powiedzieć „hej” – coś mi zaczęło śmierdzieć.

Pomyślałam: Dobra, może jednak coś mu we mnie nie zagrało.
Nie jestem z cukru, dam radę.

Ale wiecie co? Według mnie zachował się jak rasowy gówniarz.
Bo serio – czy naprawdę nie mógł powiedzieć wprost:
„Słuchaj, fajnie było, ale jednak to nie to”?
Nie. Lepiej było się chować po kątach i udawać, że nie istnieję.
Jakbyśmy nie byli już dorośli, tylko znowu w gimnazjum, gdzie zerwanie polegało na zmianie statusu na GG. (dla młodszych – GG to był taki pradawny komunikator, z czasów, gdy dinozaury używały Nokii) 😁.

Dużo myślałam o tej sytuacji, ale postanowiłam… nie pytać.
Skoro tak chce – niech tak będzie.
Nie lubię się narzucać, nie jestem z tych, co piszą siedem wiadomości pod rząd i jeszcze osiem w myślach.

Ale mimo że trzymałam język za zębami, mój umysł robił swoje.
Przeżywał, analizował, przetwarzał.
I jak to zwykle bywa – wszystko, co niepowiedziane, zaczęło wychodzić… we śnie.

„On” zaczął mi się śnić.
I to nie raz.

Zawsze podobny scenariusz.
Stoję pod jakimś budynkiem – czasem blok, czasem dom bez adresu.
Nagle on pojawia się w oknie. Patrzy. Rozpoznaje mnie.
Schodzi na dół. Podchodzi.
I się całujemy. Delikatnie, tęsknie, trochę jakby z ulgą.

Ale zaraz potem – bum.
Znikąd pojawia się jego przyjaciel. (on również pracował z nami na zmianie).
Wpada między nas jak huragan.
Rozdziela nas siłą, chwyta go za rękę i odprowadza, nie oglądając się nawet za siebie.

A ja zostaję.
Z tą pustką, z niespełnieniem…
I ze spojrzeniem tego drugiego – wrogim, ostrym, jakby mówił: „to nie twoje, nie wolno ci”.

Ten sen prześladował mnie jeszcze przez jakiś czas.
Pojawiał się co kilka nocy – nie codziennie, ale wystarczająco często, żeby mnie niepokoić.
Nie dawał spokoju. Budziłam się z poczuciem niedokończenia, z jakimś dziwnym ciężarem w klatce piersiowej.

I wtedy… spadła na mnie prawda.
Wiecie, z ust do ust, z ucha do ucha – jak to bywa w pracy, gdzie plotka sunie szybciej niż metro w godzinach szczytu.
I w końcu dotarła również do mnie.

Mój niedoszły związek nie miał szans na kontynuację.
Bo „on” miał już zaplanowaną przyszłość.
Nie ze mną.

W jego kraju czekała na niego narzeczona.
Ślub był już zaklepany, daty ustalone, rodzina gotowa.
Ja byłam tylko… przystankiem?
A może próbą ucieczki przed tym, co nieuniknione?

Nie wiem.
Ale wiem jedno – mój sen wiedział, zanim wiedziałam ja.

I wiecie co?
Od tamtej pory już nigdy nie zignorowałam żadnego snu.
Bo może one naprawdę wiedzą więcej, niż my… zanim się obudzimy.

A niedawno dowiedziałam się jeszcze o jednej rzeczy.
O tym, że przed snem można… poprosić.
Poprosić o wskazówkę. O odpowiedź. O znak.
I podobno – jeśli robisz to szczerze i z intencją – sen potrafi odpowiedzieć.

Nie jestem w tym jeszcze mistrzem – dopiero się uczę.
Ale próbuję.

Jak to działa?
Tu nie potrzeba świeczek, kadzideł ani księżyca w pełni.
Wystarczy, że tuż przed zaśnięciem, w myślach (albo na głos), powiesz:

  • „Pokaż mi, co powinnam teraz zobaczyć.”
  • „Niech przyjdzie do mnie sen, który coś mi wyjaśni.”
  • „Potrzebuję odpowiedzi – jestem gotowa ją przyjąć.”

Potem tylko zasypiasz… i rano zapisujesz, co pamiętasz.
Czasem to będzie jasne jak dzień.
Czasem trzeba będzie chwilę pogłówkować.
Ale serio – to działa.

Bo zamiast kręcić się z boku na bok, jak pizza w mikrofali –
pytam, czego jeszcze nie widzę.
I zasypiam z nadzieją, że sen coś podpowie.
Może i wam też?

Dajcie znać w komentarzach czy działa. 😊


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

4 myśli w temacie “„Mapa duszy w piżamie – czyli odkryłam, że sny mają głos””

  1. Mam to samo podejście, dzień przed śmiercią mojego taty on mi soe przyśnił, a ze mieliśmy ciężkie miesiące przed jego odejściem to z nim nie chciałam rozmawiać… kiedy mialam sen o tym ze umarł, że sszyscy mieli pretensje ze go nie odwiedziłam w szpitalu, to uczucie ze nie zdążyłam przez swoje chore ego.. poszłam tego ranka do niego,,, do szpitala , uściskaj mi dłoń, przeprosiłam go, przytuliłam… następnego dnia byl juz w totalnej agonii a juz kolejnego – zmarł.

    Polubienie

    1. Dziękuję Ci, że to napisałaś.
      Czytałam Twój komentarz kilka razy i ścisnęło mnie w środku.
      To ogromne, że poszłaś – że zdążyłaś, że miałaś ten sen.
      I że zostawiłaś tu swój kawałek prawdy… Dziękuję. 💜

      Polubienie

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *