Jak Tarot złapał mnie za nogi – moja historia…


Nie spodziewałam się, że zwykła ciekawość zaprowadzi mnie tak daleko… Tarot, karty i magia – zaczęło się zupełnie niepozornie, a dziś to już moja pasja i sposób na życie. Chcę Ci opowiedzieć, jak to się stało, że tarot wkradł się do mojego świata, zmienił moje myślenie i dał mi nowe spojrzenie na codzienność.

Dawno, dawno temu… a dokładnie parę zmarszczek temu, gdy byłam młodą mężatką z oczami pełnymi nadziei (i kredytami na głowie), moja mama – typowa nauczycielka z zasadami, twardo stąpająca po ziemi i wierząca tylko w to, co można dotknąć, zmierzyć i zapisać w dzienniku lekcyjnym – wróciła z sanatorium.

Umówiłyśmy się na kawę. Wiesz, taki klasyczny rytuał – ja z ciekawością, a ona z opowieściami o borowinach, kolejkach do lekarzy i o podrywaniu przez panów na dancingu.

Ale coś było inaczej…

Zamiast zwykłych narzekań i relacji z uzdrowiskowych ploteczek, mama rzuciła mi kilka suchych zdań typu „było ok”, „lekarz się nie zmienił” i „pogoda dopisała”. Tyle. Koniec tematu. Jakby ją kto podmienił.

No coś mi tu nie grało…

Patrzyła na mnie dziwnie – z tym półuśmiechem jak Mona Lisa po kieliszku nalewki. Co chwila poprawiała włosy, drapała się po głowie (czego nigdy nie robiła!) i rzucała mi spojrzenia, których nie rozumiałam.

W jednej chwili przez moją głowę przelatywały myśli jak stado dzikich gołębi:
Czy ona… poznała kogoś?
Czy zdradziła tatę?!
A może się zapisała do sekty albo kupiła kocie uszy i została wiedźmą?

Nie wiedziałam jeszcze, że najdziwniejszy zwrot akcji nie wydarzy się w żadnym telenowelowym stylu, tylko że los po prostu posadził moją matkę w pokoju… z wróżką. Tak, dobrze czytasz. Z kobietą, która zamiast termometru pod pachą nosiła kartę Kapłanki w staniku, a na kolację nie jadła zupy, tylko wpatrywała się w kryształową kulę.

I właśnie od tej współlokatorki – zaklinaczki losu i mistrzyni wahadełka – wszystko się zaczęło.

Moja mama, jak już wspomniałam, była raczej twardo stąpającą po ziemi nauczycielką, daleką od wszelkich „czarów-mary”. Ale dwa tygodnie spędzone w jednym pokoju z Grażynką – kobietą, która bardziej przypominała czarownicę z filmu niż zwykłą pensjonariuszkę sanatorium – trochę namieszały w jej podejściu do świata.

Wyobraźcie sobie: Grażynka spała z talią kart pod poduszką, codziennie okadzała ich pokój, a przed snem wyganiała duchy, które najwyraźniej miały problem z zasypianiem. Mama oczywiście uparcie twierdziła, że wszystko to tylko zabawa, a wróżby traktowała „z przymrużeniem oka” – no wiecie, żeby nie robić przykrości Grażynce.

Ale po sposobie, w jaki o tym opowiadała (bo oczywiście — nigdy by się do tego nie przyznała otwarcie) — czułam, że coś jednak zaczęło kiełkować w jej głowie.

Kiedy więc wypaliła, że Grażynka w kartach zobaczyła dla mnie rozwód i wyjazd za granicę, wiedziałam jedno: mama nie była już tylko sceptyczną nauczycielką, a ta wróżka zrobiła swoje i wciągnęła ją w swój magiczny świat na dobre. Bo gdyby nie wierzyła choć trochę, na pewno nie podzieliłaby się ze mną tą wizją.

I tak właśnie zaczęła się moja niespodziewana przygoda z tarotem — trochę przez przypadek, trochę z ciekawości, a trochę przez… no cóż, trochę przez los (i Grażynkę z sanatorium). Ale o tym, co wydarzyło się później, opowiem Ci następnym razem. Bo wierz mi, historia dopiero się rozkręca, a karty mają dla mnie jeszcze sporo do powiedzenia!

Więc trzymaj kciuki i wpadaj po więcej — bo tarot to nie tylko wróżby, ale też sporo śmiechu, życia i czasem… zaskakujących zwrotów akcji.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

8 myśli w temacie “Jak Tarot złapał mnie za nogi – moja historia…”

Odpowiedz na Mona Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *