
Nie miałyśmy kontaktu. Nie rozmawiałyśmy.
Raz tylko – może dwa miesiące po naszej ostatniej wizycie – zadzwoniłam, żeby zapytać, jak się czuje.
Nie chciałam być natrętna ani ciągle przypominać jej o chorobie swoimi pytaniami.
Wierzyłam, że i tak to czuje.
Że moja dusza jest gdzieś blisko niej.
I nawet jeśli nie pytam, to myślami jestem z nią.
Ale czas mijał.
Życie toczyło się dalej – trochę z rozpędu, trochę z przyzwyczajenia.
Grażynka nie wracała już do pracy, ja nie dzwoniłam więcej, ale wciąż pamiętałam nasze ostatnie spotkanie.
Wracały do mnie jej słowa… Ale wtedy, kiedy je wypowiadała – nie do końca je przyjęłam.