
Nie wiem dokładnie, jak to działało, ale przez pierwsze trzy miesiące po wyjściu z więzienia nie mógł nawet postawić nogi w moim mieście.
Nie miał żadnej bransoletki, czipa ani policyjnego drona nad głową, więc do dziś nie wiem, jak oni to kontrolowali.
Może musiał się gdzieś meldować, może podpisywać obecność jak w szkole – nie wiem. Ale jedno wiedziałam na pewno:
jeśli pojawi się tutaj, złamie wyrok, a wtedy ja mam prawo zadzwonić po policję.
To dawało mi odrobinę spokoju… chociaż serce i tak biło szybciej, ilekroć ktoś zbyt długo zatrzymał się pod moim domem.