
Mój synek postanowił posiedzieć u mnie w brzuchu dwa tygodnie dłużej niż to było planowane. Poród był ciężki, ale każda matka wie, że ten ból rekompensuje pierwszy kontakt z maleństwem. Nie obyło się bez pewnych trudności, więc wróciłam na drugi dzień do domu bardzo obolała.
(Tak – w Anglii nie trzymają cię w szpitalu zbyt długo. Jeśli tylko dziecko i matka oddychają i mają temperaturę w normie, to najczęściej pakują cię do domu szybciej, niż zdążysz zjeść szpitalne tosty. „Dom najlepiej ci posłuży”, mówią. I może mają rację… ale jak się wraca w pampersie, z raną i dzieckiem, które jeszcze nie wie, że jest na świecie – to „komfort domowy” bywa pojęciem względnym.)
Pomocy żadnej nie miałam. Zupełnie inaczej niż przy pierwszym dziecku – wtedy mogłam liczyć na rodziców, teściów, babcie i ciocie. Momentami nawet było ich za dużo. A tu? Tylko ja i on. Bez kół ratunkowych, bez wsparcia, bez zapasowego ramienia do przytulenia.
Czytaj dalej „„Benefitowy książę – czyli jak mylić państwową pomoc z wygraną w Totka.””