
Gdy tak patrzyłam, na odlatujący samolot, pomyślałam, że za żadne pieniądze świata nie wsiadłabym do tej maszyny.
A po kilku miesiącach… wsiadłam. I jeszcze sama za to zapłaciłam!
I wiecie co?
Podobało mi się.
Jasne, do tej pory przy starcie mam twarz czerwoną jak burak i stewardesy biegną do mnie z wodą, jakbym miała zaraz dostać wylewu,
ale wtedy zamawiam sobie małą butelkę wina, przyklejam się do okna i…
wszystko wraca do normy.
Lot jest jak życie – trochę trzęsie, trochę buja, ale leci.