
Teraz wrzucę trochę prywaty…
Ale w sumie cały mój blog to prywata, więc nie będziemy się czarować. 😉
Tym razem jednak zboczę z trasy.
Nie będzie o kartach, nie będzie o Grażynce, nie będzie nawet o miłości (choć pewnie i tak gdzieś się tu przewinie).
Dziś chcę wam napisać o czymś, co przychodzi znienacka.
Jak deszcz w twarz, kiedy akurat masz świeżo pomalowane rzęsy.
O zwątpieniu.
Tym głosie w głowie, który nagle zaczyna pytać:
„Czy to w ogóle ma sens?”
Bo wiecie…
Siedzisz, piszesz, przeżywasz, otwierasz duszę na ekranie, a potem klikasz „opublikuj” i…
Cisza.
Nie wiadomo, czy ktoś to przeczytał.
Nie wiadomo, czy ktoś zrozumiał.
Nie wiadomo nawet, czy to nie był przypadkiem najgorszy pomysł, jaki wpadł ci do głowy od czasu fryzury na „krótkiego boba”.