Zaprzyjaźniłam się ze sobą – czyli o rozmowach, które leczą.


Hej Keiko… pogadamy?
– znów usłyszałam tę myśl.

– Naprawdę teraz? Jestem zajęta.
– Tak, właśnie teraz – uparła się moja własna głowa.
– Dobra, niech ci będzie… – westchnęłam i odłożyłam to, co akurat robiłam…

W tamtej ciszy, która pojawiła się na mojej drodze ku wolności jako singiel,
po bałaganie, po tym całym życiowym remoncie…
zaczęłam słyszeć coś, czego wcześniej kompletnie nie zauważałam.

Siebie.

Ale zanim do tego doszłam, to nie wyglądało tak, że nagle siadłam w fotelu, zapaliłam świeczkę i zaczęłam filozoficzne rozmowy z własną duszą.
No gdzie tam.

Najpierw taplałam się w błocie.
Dosłownie jak ta świnka, która nie wie, że obok jest prysznic, a ona uparcie siedzi w tej brei, bo to jedyne, co zna.

Te pierwsze tygodnie to był chaos emocji, które wracały falami.
Jeden dzień myślałam, że już prawie wyszłam na suchy ląd,
a za chwilę chlup – i byłam z powrotem po kostki we wszystkim, z czym wcześniej nie umiałam sobie poradzić.

Jednego dnia widziałam w sobie silną, dzielną kobietę, która na pewno wie, jak teraz prowadzić swoje życie,
a drugiego dnia płakałam w poduszkę, myśląc, że do niczego się nie nadaję, że moje życie to jedna wielka porażka.

I chcę to powiedzieć bardzo wyraźnie:
to jest normalne.

Nikt nie wstaje z błota w jedną noc.
Nikt nie dostaje od losu nagłego olśnienia, po którym już nigdy nie zrobi głupiej rzeczy,
nie wróci do starych schematów,
nie zwątpi w siebie.

To jest proces.

Czasem robisz dwa kroki do przodu,
a potem półtora do tyłu.
Czasem jesteś z siebie dumna,
a czasem masz ochotę zwinąć się w kulkę i udawać poduszkę dekoracyjną, żeby nikt niczego od ciebie nie chciał.

Ale między jednym upadkiem a drugim wydarzyło się coś ważnego.
Zaczęły pojawiać się malutkie przestrzenie ciszy.
Dosłownie chwile – jakby świat zatrzymywał się na sekundę, a ja mogłam usłyszeć własną myśl, zanim przykryje ją kolejna fala emocji.

To właśnie w tych krótkich momentach…
zaczęłam słyszeć siebie.

Takie ciche:
puk, puk… Keiko? Jestem tu.

I to nie był żaden głos z kosmosu, żadne anioły, żaden gong tybetański.
To była ta część mnie, którą wcześniej ignorowałam, bo ciągle coś było ważniejsze – obowiązki, lęki, cudze potrzeby, cudze dramaty.

A teraz ona mówiła do mnie spokojnie, cierpliwie, jakby czekała całe lata:

Nie patrz już tylko na zewnątrz. Spójrz w głąb siebie.
Czy naprawdę chcesz siedzieć w tej traumie do końca życia?
To już przeszłość. Nie musisz jej dalej nosić na plecach.
Ty jesteś tu i teraz. I naprawdę możesz zaopiekować się sobą.

To było takie… zaskakujące.
Jakby ktoś odsunął zasłonę i nagle okazało się, że mam w środku cały zespół wsparcia, tylko do tej pory nikt nie dostał mikrofonu.

I powiem wam, że to było pierwsze prawdziwe spotkanie ze mną samą.
Nie w lustrze, nie w selfie, nie w odbiciu szyby –
tylko w środku, tam, gdzie naprawdę siedziały moje odpowiedzi.

Najpierw ignorowałam te głosy.
Coś tam przemknęło, ale mało z tego zostawało.
Jak to się potocznie mówi – jednym uchem wpuszczałam, drugim wypuszczałam.

Myślałam wtedy: „Eee, to tylko zwykłe myśli, takie jak każdy ma. Nic ważnego.”
Ale one nie chciały przestać.

I dopiero później zrozumiałam dlaczego.
Bo w końcu miałam ciszę.
Już nie żyłam w wiecznym przebodźcowaniu – bez awantur, bez problemów wybuchających co godzinę, bez tego chaosu dnia codziennego, który przez lata był moją „normą”.

W tej ciszy mogłam je usłyszeć.
Naprawdę usłyszeć.

Zaczęłam najpierw odpowiadać im tylko w głowie, szybko, tak jakby to było coś zakazanego.
Jakby ktokolwiek mógł mnie na tym przyłapać i stwierdzić:

„Ach, ta już zwariowała – gada sama ze sobą.”

Więc odpowiadałam po cichutku, prawie szeptem we własnej głowie.
Trochę jak dziecko, które boi się, że zostanie złapane na podjadaniu cukru z cukiernicy.

Ale im bardziej próbowałam te myśli uciszyć…
tym bardziej one wracały.
Nie natrętne. Nie straszne.
Po prostu uporczywie mądre – jakby przyszły po swoje.

I wtedy w końcu zrozumiałam,
że to nie są „jakieś tam myśli”,
tylko ja sama próbuję wreszcie dojść do głosu.

Że to nie są żadne halucynacje ani efekty uboczne samotności,
ale zwykła – choć przez lata zagłuszona – potrzeba rozmowy ze sobą.

A skoro już tyle razy próbowały ze mną pogadać…

…to może w końcu powinnam ich wysłuchać?

Zaczęłam im się bliżej „przyglądać”.
Jak nowo poznanym osobom.
Takim, z którymi jeszcze nie wiesz, czy się polubicie, ale wypada być uprzejmą.

Więc zaczęłam ich słuchać.
No bo jak to w nowej znajomości – kultura wymaga, żeby komuś dać dojść do słowa 😉

I powiem wam szczerze:
one miały naprawdę wartościowe informacje do przekazania.
Tak wartościowe, że… zaczęliśmy się zaprzyjaźniać.
I ta przyjaźń trwa do dziś.

Już teraz nie odpowiadam im po cichu.
Czasem wręcz krzyczę –
(ale tylko kiedy jestem sama w domu, nadal mam lekką obawę, że rodzina pomyśli, iż zwariowałam na pełen etat).

Mówię do lustra.
Mówię przed snem.
Mówię w trakcie pracy, kiedy czuję, że potrzebuję odpowiedzi, bo coś mnie męczy.

I uwierzcie –
one przychodzą.

Myślę, że każdy z was czasem gada do siebie.
Ale pewnie nie każdy…
czeka na odpowiedź.

I tylko żeby była jasność –
to nie jest tak, że odpowiedź zawsze przychodzi od razu.
Czasem trzeba na nią poczekać.

Bywa, że pojawia się z opóźnieniem, jak spóźniony autobus, który niby miał być o 8:05,
a zjawia się o 8:27, kiedy już prawie machasz ręką na wszystko.

Czasem odpowiedź nie przychodzi od twojej własnej głowy,
ale… z zewnątrz.
Od innej osoby, która powie jedno zdanie w idealnym momencie.
Od artykułu, który przypadkiem otworzysz.
Od tytułu książki, który nagle zaiskrzy.
Albo nawet od reklamy na billboardzie, która krzyczy hasło,
którego właśnie w tej sekundzie potrzebowałaś.

Tak działa Wszechświat.
Tak działa energia.
Tak działa intuicja, kiedy w końcu dostanie od ciebie przestrzeń, żeby coś powiedzieć.

I właśnie dlatego te rozmowy z samą sobą są takie ważne.
Bo prawda jest taka, że nie każdy z nas chce kogoś innego zapytać o radę.
Nie każdy jest w związku.
A nawet jeśli jest – to nie zawsze druga połówka potrafi wysłuchać.
Nie zawsze rozumie.
Nie zawsze ma ochotę wejść w te głębsze warstwy,
bo sam(a) może bać się swoich.

I wtedy właśnie rozmowa z własną duszą staje się… zbawienna.
Jak wewnętrzna przyjaciółka, która nigdy nie ma „zajęte”,
nie przewraca oczami,
i nie mówi: „przesadzasz”.
Ona po prostu jest.
Zawsze.

Uwierzcie, warto czasem wyrzucić to, co w nas siedzi.
Bo niewypowiedziane emocje nie znikają.
One w nas pracują, fermentują, wgryzają się od środka i w końcu odbijają się na ciele.
To nie magia, to biologia.

I warto też przestać opierać rozmowy wyłącznie na tym, co „się wydarzyło” u innych.
Bo tak jest najłatwiej – obgadać sytuację, opowiedzieć o koleżance, o pracy, o dzieciach, o świecie.

Ale to nie jest rozmowa o nas.
To jest rozmowa „obok”.

A czasem trzeba się zatrzymać i powiedzieć komuś bliskiemu nie:

„W pracy było zamieszanie”,
tylko:
„W pracy czułam się dziś źle. Przytłoczyło mnie to.”

Zauważ różnicę:
jedno to opis sytuacji,
drugie – prawda o tobie.

I wiem, że to trudne.
Wiem, że wygodniej jest opowiadać historie o życiu innych,
bo wtedy nie musimy dotykać tego, co nas boli.
Ale jeśli mamy kogoś, komu możemy zaufać,
komu możemy się otworzyć bez strachu, że nas wyśmieje czy zbagatelizuje –
to warto z takiej rozmowy skorzystać.

Są związki, w których ludzie żyją obok siebie jak uprzejmi sąsiedzi.
Tak zwane „białe małżeństwa”, gdzie jest poprawnie, cicho i… pusto.
Tam nie tylko nie otwiera się serc,
ale nawet ust – bo po co zaczynać rozmowę, która może prowadzić donikąd.

Właśnie dlatego tak ważne jest, żeby te emocje gdzieś wyrzucić.
Choćby w łazience.

Odkręć wodę, zamknij drzwi i po prostu powiedz wszystko, co ci siedzi w środku.
Głośno.
Bez cenzury.

Dźwięk ma wibrację.
A wibracja działa na układ nerwowy.
To dlatego, kiedy mówisz swoje emocje na głos, nagle robi się… lżej.
Jakby ktoś poluzował ci pasek w środku.

I może właśnie od tego trzeba zacząć:
od dania sobie prawa do własnego głosu.
Do tego, żeby usłyszeć siebie.
I żeby w końcu powiedzieć sobie:

„Jestem tu. I mam prawo czuć to, co czuję.”

Bo czasem najważniejsza rozmowa w twoim życiu
to ta, którą prowadzisz sama ze sobą.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *