
„Nie daj się, warto być zawsze tylko sobą” – ta piosenka Dody chodziła za mną przez długi czas jak wierna przyjaciółka, która co rano staje w drzwiach i mówi:
„No wstawaj, kobieto, ogarniamy życie.”
Tak często jej słuchałam, że w pewnym momencie zaczęłam traktować ją jak mój oficjalny hymn singielki.
Wiecie… taki utwór, który puszcza się wtedy, kiedy trzeba sobie przypomnieć, że nawet jak świat się wali, to ja się nie dam.
I może to zabrzmi zabawnie, ale ta jedna piosenka naprawdę była ze mną wtedy, kiedy uczyłam się żyć na nowo – po swojemu, bez chaosu, bez dramatu, bez tego całego emocjonalnego rollercoastera, który wcześniej nazywałam „związkiem”.
I właśnie wtedy zaczęłam się zastanawiać, dlaczego większość piosenek o miłości brzmi tak, jakby wszyscy nagrywali je w ciemnej piwnicy po trzech nocach nieprzespania i rozstaniu z kimś, kogo znali dwa tygodnie.
Serio, odpalasz playlistę „love songs”, a tam:
– łzy,
– dreszcze,
– zdrady,
– jakieś dramaty na miarę tureckiej telenoweli,
– serca tak złamane, że nawet chirurg plastyk by nie nadążył składać.
I ja siedzę, słucham tego wszystkiego i myślę:
Czy naprawdę trzeba cierpieć, żeby nagrać hit?
I tu wraca do mnie to, o czym pisałam w poprzednim rozdziale — że ludzie powtarzają, iż „miłość boli”.
A ja się z tym absolutnie nie zgadzam – ale to już wiecie.
Lecz dopóki świat będzie mylił miłość z tragedią,
dopóty hity będą miały dokładnie taki klimat:
„On odszedł, ona płacze, ja śpiewam.”
Bo jakby ktoś nagrał piosenkę o tym, że miłość jest spokojna, zdrowa i normalna,
to ludzie pewnie przewinęliby ją, bo…
gdzie tu dramat?
Ludzie nie chcą słuchać, że komuś jest dobrze.
Wesoła miłość jest za mało spektakularna.
Normalność nie kręci.
Spokój nudzi.
Bo co tu śpiewać?
„Kochamy się, jemy spaghetti i nikt na nikogo nie krzyczy”?
No błagam — to by się nie sprzedało nawet na TikToku.
Ale zauważyłam jeszcze jedną zależność.
Kiedy jesteśmy zakochani i szczęśliwi, to nie siedzimy z notesem, nie wymyślamy metafor, nie dopisujemy porównań do księżyca, gwiazd, lawin i fal oceanu.
Nie analizujemy każdego westchnienia.
Bo… po prostu żyjemy całą sobą.
Zakochany człowiek nie tworzy hitu.
Zakochany człowiek tworzy… śniadanie do łóżka.
Ale kiedy serce pęka?
Ooo, wtedy to każdy może zostać poetą.
Cierpienie ma dziwną moc – nagle słowa lecą jak z wodospadu, głębokie, mądre, przepełnione emocją, której sami nie ogarniamy.
Tylko że ja wtedy – w tamtym czasie – nawet przez sekundę nie pomyślałam, że kiedyś będę coś pisać.
Nie było we mnie ani ambicji, ani literackiego planu.
Byłam po prostu kobietą, która próbowała poskładać swoje życie do kupy, a nie tworzyć rozdziały bloga czy książki.
Jednak muszę przyznać jedno:
mój blog też pewnie nie miałby czytelników, gdybym pisała, że mam w związku cudownie, że on mnie nosi na rękach, przynosi szampana do wanny i jeszcze śpiewa pod oknem serenady o świcie.
No umówmy się – takie love story by się nie sprzedało.
Nie dlatego, że ludzie nie lubią szczęścia, tylko dlatego, że
kto normalny ma czas czytać o czyimś idealnym życiu,
kiedy sam próbuje ogarnąć ekspres do kawy, który o 7 rano nie współpracuje.
Mój blog od początku miał zupełnie inny kierunek.
Tu nie miało być lukru, różowych serduszek i opowieści o tym, jak miłość pachnie truskawkami.
Chciałam pisać o drodze – mojej drodze – do tarota, intuicji, duchowości.
I idę tą ścieżką, powoli, krok po kroku, czasem potykając się o własne życie,
ale jednak idę.
Ale prawda jest taka, że gdybym po drodze nie spotkała,
tych absurdów, upadków, olśnień, złamanych serc, spotkań i pożegnań…
to pewnie nie odnalazłabym się na tej duchowej ścieżce.
Bo to właśnie ta cała rozsypka, ten życiowy bałagan,
te momenty, w których miałam ochotę zaszyć się pod kołdrą –
one mnie tak naprawdę popchnęły dalej.
Gdyby nie to wszystko, co się wydarzyło po spotkaniu z Grażynką,
to może dziś w ogóle bym nie pisała.
Nie miałabym o czym.
Nie miałabym dlaczego.
A tak — moja historia stała się paliwem.
Nie do dram, tylko do świadomości.
Do tego, żeby zobaczyć siebie wyraźniej.
I żeby o tym opowiadać.
A teraz?
Teraz nadal śpiewam wesołe piosenki.
Takie, przy których można skakać po łóżku, robić sobie kawę w rytm refrenu i śmiać się z własnego życia, nawet jeśli ekspres znowu ma focha.
Ale nie będę udawać — czasem też lubię uronić łzę przy smutnych numerach.
Czasem trzeba.
Czasem jedna dobra, uczciwa łza potrafi oczyścić głowę lepiej niż cała noc rozkmin.
Tylko że dziś już się w tym nie topię.
Nie gram głównej roli w dramacie o złamanym sercu.
Nie siedzę przy oknie, patrząc w deszcz jak w teledysku z lat 2000.
Bo życie ma tyle do zaoferowania,
że ja naprawdę nie mam zamiaru tracić czasu na rozciąganie smutku dłużej, niż to potrzebne.
Śpiewam, tańczę, żyję.
Raz głośno, raz cicho, raz w rytmie Dody, raz w rytmie własnego serca.
A hity o cierpieniu?
Niech sobie będą.
Ale ja wybieram już inną playlistę.
Playlistę, w której miłość nie boli,
a ja sama jestem swoją ulubioną piosenką.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.