
Mówią, że miłość rani.
No nie wiem, kto to wymyślił, ale chyba ktoś, komu pomyliła się miłość z człowiekiem, który nie umiał jej obsługiwać.
Bo miłość nie rani.
Miłość co najwyżej może dać ci motyle w brzuchu albo przyspieszone bicie serca, ale to, że ktoś cię zranił, to nie wina miłości.
To wina:
– kłamstwa,
– zdrady,
– przemocy,
– manipulacji,
czyli całego tego emocjonalnego syfu, który ludzie potrafią wrzucać w relację i jeszcze potem mówią, że „to miłość tak boli”.
Nie, kochana. To nie miłość.
To ktoś, kto nie powinien był nawet dostać od losu instrukcji obsługi drugiego człowieka.
Miłość sama w sobie jest jak ciepła herbata:
możesz się nią ogrzać,
możesz wypić łyk, który postawi cię na nogi,
ale jak ktoś ją chlapnie komuś w twarz, to czyja to wina?
Herbaty?
No właśnie.
I to mnie prowadzi do tematu, którego większość ludzi panicznie unika: samotności.
Po jego deportacji zostałam singielką — pierwszy raz w życiu.
Bo ja należę do tej szkoły kobiet, które raczej przechodziły z jednego związku w drugi.
Nie dlatego, że muszą mieć faceta pod ręką — po prostu tak wyszło.
Takie życie, takie wybory, takie „a dobra, spróbujmy”.
Więc nagle — pierwszy raz — zostałam sama. Kompletnie sama.
Tylko ja, moja głowa i cisza.
I nie będę kłamać: na początku trochę się bałam tej samotności.
Bo ona przyszła jak nieproszony gość : otworzyłam drzwi, a tam stoi ona z torbą i mówi
„Hej, będę tu przez jakiś czas”.
A ja?
Ja w tym związku i tak byłam „jakby obok”, nie „razem”.
Niby byłam w relacji, a samotność już wtedy siedziała mi na kanapie i zajmowała więcej miejsca niż on.
Bo jak jesteś z kimś, kto jest ciałem, ale nie obecnością…
to twoja własna samotność zaczyna się robić tak normalna, że nawet jej nie zauważasz.
Dopiero gdy ten ktoś znika na dobre, myślisz:
„O matko… to ja mam teraz naprawdę być sama?!”
A przecież byłaś sama od dawna — tylko w towarzystwie.
I ta myśl dała mi odwagę, żeby wejść w tę prawdziwą samotność bez stresu i bez paniki.
Bo nagle dotarło do mnie coś, co wcześniej wydawało mi się niemożliwe:
samotność wcale nie jest straszna.
Ona nie gryzie, nie ma wielkich oczu, nie siedzi w szafie i nie robi „bu!”.
To nie jest jakiś potwór z horroru, którego trzeba się bać.
To zwykła cisza… tylko że my nie jesteśmy przyzwyczajone, żeby jej słuchać.
A kiedy ta cisza przyszła i rozgościła się u mnie jak koleżanka, która przyszła „na chwilę”, a została trzy godziny — to ja nagle zaczęłam widzieć rzeczy, których wcześniej nie widziałam.
W tej ciszy odnalazłam brak chaosu.
Brak emocjonalnych jazd.
Brak kontroli.
Brak krytyki.
Brak tego chorego napięcia, które człowiek dźwigał na plecach jak worek ziemniaków, myśląc, że „tak ma być”.
I pierwszy raz od dawna poczułam… spokój.
Nikt mnie nie oceniał.
Nikt nie robił ze mnie wariatki.
Nikt nie wchodził drzwiami i oknami z energią huraganu, który rozwala ci mieszkanie, a potem jeszcze mówi:
„o co ci chodzi, przecież nic się nie stało”.
I dopiero wtedy dotarło do mnie coś jeszcze ważniejszego —
coś, co wydaje się banalne, ale zmienia całe życie:
ja naprawdę lubię siebie.
Odkryłam, że jestem całkiem fajna.
Dowcipna.
Czuła.
Silna.
I wcale nie taka samotna, jak mi się wydawało — bo przecież mam siebie.
A to już coś.
Tylko że wielu ludzi panicznie boi się tego momentu.
Boi się zostać sam na sam ze swoją głową.
Z własnymi historiami.
Z emocjami, których nie da się wyciszyć pilotem.
Dlatego uciekają:
w alkohol,
w używki,
w byle jakie znajomości, które potem bolą bardziej niż kac,
w scrollowanie TikToka do trzeciej w nocy — byle tylko nie usłyszeć własnych myśli, które potrafią być bardziej bezczelne niż niejedna teściowa.
Ale prawda jest taka, że jeśli polubisz siebie, zaakceptujesz siebie, a nawet od czasu do czasu przybijesz sobie piątkę w lustrze…
to samotność przestaje straszyć.
Samotność zaczyna uczyć.
Bo – kiedy nauczysz się być dobra dla siebie,
to później nie trzymasz nikogo na siłę.
Jak już wejdziesz w nowy związek (kiedyś tam, nie spieszymy się),
to nie kontrolujesz, nie wisisz drugiej osobie na ramieniu, nie robisz przesłuchań jak policja skarbowa.
Nie zawłaszczasz.
Nie żyjesz w ciągłym napięciu, bo… masz siebie.
A jak masz siebie, to nikt nie jest „ostatnią deską ratunku”.
Nie chodzi o to, że rozstanie nie boli.
Boli — zawsze.
Ale to już nie jest strach przed samotnością.
To po prostu żal relacji, która była.
A to robi gigantyczną różnicę.
To moment, w którym przestajesz kochać z lęku,
a zaczynasz kochać z wyboru.
I powiem wam coś w tajemnicy 😉
Tak między nami, jak już się tak tu rozsiedliśmy…
Ta samotność spodobała mi się tak bardzo,
że do dziś jestem singielką.
Serio.
Próbowałam jeszcze dwa razy wpuścić kogoś do mojego życia —
tak na próbę, jak się próbuje nowy krem pod oczy, niby fajny, ale jednak coś nie gra.
I to było dokładnie takie uczucie:
jakby ktoś nagle kazał mi zaczesywać grzywkę na prawo,
a ja całe życie noszę ją na lewo.
No nie.
Nie po mojemu.
Nie moja energia.
Nie mój kierunek wiatru.
Kiedyś bym pewnie zaczesywała tę grzywkę w każdą stronę, żeby tylko komuś pasowało.
A dziś?
Dziś nawet nie udaję.
Jak coś czuję, że „eee… nie”,
to to znaczy „NIE” — bez instrukcji, bez tłumaczenia, bez nadinterpretacji.
Bo kiedy człowiek naprawdę polubi siebie,
to nie przyjmuje byle czego
i nie wpuszcza byle kogo, tylko dlatego, że „tak wypada”.
I przyznam wam szczerze —
życie singielki wcale nie jest takie straszne, jak je malują.
Czasem to jest wręcz luksus:
jest cisza, jest spokój, jest miejsce w łóżku i pilot do telewizora zawsze po mojej stronie.
A przede wszystkim:
nie muszę nikomu tłumaczyć, dlaczego moja grzywka idzie tam,
gdzie ja chcę.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.