„Mój nick z oceanu — czyli skąd naprawdę wzięła się Keiko”.


Poczułam, że jestem Wam winna pewne wyjaśnienie – a mianowicie skąd wzięła się nazwa Tarot Keiko.
Ci, którzy zaglądają na mój facebookowy profil, znają mnie już pod tym imieniem.

A sam pomysł… zrodził się zupełnie przypadkiem.

Oglądałam z synem stary film z 1993 roku „Uwolnić Orkę”.
To była jedna z moich ulubionych pozycji z dzieciństwa – tych, do których wraca się jak do miękkiego koca pachnącego domem. Pomyślałam, że może i jego poruszy tak jak mnie kiedyś.

Ale pod koniec filmu wydarzyło się coś, czego nie przewidziałam.

Jest tam słynna scena (dla tych, którzy filmu nie widzieli), kiedy orka skacze nad wysokim murem, żeby dostać się do otwartego oceanu. Chłopiec prowadzi ją przez sieci, przez port, aż do momentu, w którym orka musi przeskoczyć mur, żeby wypłynąć na otwarty ocean. To miała być kulminacja: symbol wolności, nadziei, powrotu do domu.

I tam właśnie siedziałam ja – zalana łzami, cała miękka jak budyń, z chusteczkami porozrzucanymi wokół jak białe flagi poddania.
Tymczasem moje dziecko spojrzało na mnie z miną:
„Mamo… serio?”

„Przecież to nierealne. To było zmontowane. Widać na pierwszy rzut oka.”

Zamarłam.

Bo ja nigdy nie patrzyłam na tę scenę w ten sposób.
Nigdy nie widziałam tam montażu.
Dla mnie – nawet dziś – ta scena jest prawdziwa.
Prawdziwa w emocje, a nie w technikę.

Ale to tylko taka mała dygresja o tym, jak kiedyś montowano filmy, a jak wygląda to dziś.
Moje dziecko aż się zaśmiało, pokręciło głową z niedowierzaniem i poszło do pokoju, mrucząc coś w stylu:
„To przecież widać…”.

A ja zostałam.
Z moimi emocjami.
Z tym wzruszeniem, które wróciło do mnie jak bumerang z dzieciństwa.

I właśnie wtedy coś we mnie kliknęło.
W tym ujęciu.
W tej scenie.
W tym skoku ku wolności.

Od lat jestem przeciwniczką więzienia zwierząt w każdej formie.
Nie lubię chodzić do zoo.
Nie odwiedzam parków, gdzie robi się pokazy delfinów czy orek.

Nie dokładam do tego swojej przysłowiowej cegiełki w postaci pieniędzy.
Nie chcę wspierać przemysłu, który odbiera zwierzętom ich naturalne życie i wolność.

I może właśnie dlatego ten film tak mną wstrząsał wtedy – i wzrusza mnie do dziś.
Bo ja naprawdę cieszyłam się wolnością tej orki, nawet jeśli była filmowa, nawet jeśli pokazana w sposób, który dziś wygląda jak efekty z Windowsa 95.

Widziałam w niej coś głębszego.
Coś, co czułam w sobie od lat – duszę, która została stłumiona, a jednak wciąż pamiętała smak oceanu.

Bo moje życie też kiedyś pachniało chlorowaną wodą zamiast oceanu.

Byłam jak Keiko – niby żyłam, niby funkcjonowałam, niby „wszystko było dobrze”,
a jednak w środku czułam mur.
Taką niewidzialną ścianę, ponad którą bardzo chciałam przeskoczyć, ale nie wiedziałam jak.

Historia Keiko to opowieść o orce, którą trzeba było uwolnić – ale to nie było proste.
To nie był filmowy skok przez mur i od razu szczęśliwe życie w oceanie.
Prawdziwy powrót Keiko do wolności trwał miesiącami, a może nawet latami.

Adaptacja była trudna.
Morze, choć było jej domem, było jednocześnie przerażająco obce.
Na początku Keiko czuła się tam samotna, zagubiona, przytłoczona wolnością, o którą przecież walczyła całe życie.

I w tej historii nagle poczułam coś znajomego.
Jakby to była metafora… o mnie.

Bo mój proces uwalniania się z toksycznej relacji też nie wydarzył się z dnia na dzień.
Nie był spektakularnym skokiem ku wolności.
Raczej powolnym, bolesnym, ale konsekwentnym wychodzeniem z klatki, którą ktoś mi zbudował, a ja – z braku wiary w siebie – przez lata godziłam się w niej siedzieć.

A kiedy w końcu ta klatka pękła, ja również musiałam uczyć się od nowa:

– oddychać,
– ufać,
– słuchać siebie,
– rozpoznawać, gdzie kończy się strach, a zaczyna intuicja.

Keiko to dla mnie nie tylko imię.
To przypomnienie, że każda z nas ma w sobie ocean, nawet jeśli przez lata wmawiano nam, że zasługujemy jedynie na mały, chlorowany zbiornik.

Dlatego wybrałam jej imię.
Bo ja też wróciłam do siebie.
Do swojej prawdy.
Do swojego oceanu.

A jeśli ktoś dzięki moim wpisom choć na chwilę poczuje, że i on może otworzyć swoją klatkę,
że też ma w sobie ocean,
że też może wrócić do domu, który nosi w sercu –

to znaczy, że ta nazwa nie była przypadkiem.

PS:
Keiko to prawdziwe imię orki, która wystąpiła w filmie „Uwolnić orkę”, grając samca o imieniu Willy. W rzeczywistości była samiczką, schwytaną bardzo młodo u wybrzeży Islandii i przez lata trzymaną w niewoli w betonowych zbiornikach, daleko od swojego oceanu.

Po sukcesie filmu ruszyła ogromna akcja na rzecz jej uwolnienia. Keiko przetransportowano najpierw do USA, a potem do Islandii, gdzie miesiącami przygotowywano ją do życia na wolności. To był długi, trudny proces – adaptacja nie była prosta, a ocean, choć był jej naturalnym domem, pozostawał dla niej jednocześnie obcy i przytłaczający.

Ostatecznie udało jej się wypłynąć na otwarte wody i nawet dotrzeć aż do Norwegii, jednak nigdy w pełni nie dołączyła do dzikiej grupy orków. Keiko zmarła w 2003 roku na zapalenie płuc, w obecności ludzi, którzy się nią opiekowali.

Jej historia do dziś porusza ludzi na całym świecie – i dla mnie również stała się symbolem tego, że każda istota, nawet po latach niewoli, może spróbować wrócić do swojej prawdziwej natury.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *