
Nowy rok nie przyniósł fajerwerków ani postanowień.
Przyniósł walkę o przetrwanie.
O dokumenty, o dach nad głową, o to, by w lodówce coś było.
Zaczęło się bieganie po urzędach, przepisywanie umów, wnioski o benefity, rozmowy z organizacjami pomagającymi kobietom w podobnej sytuacji jak moja.
Były paczki żywnościowe, chwilowe pożyczki i dług u siostry – bo zanim cokolwiek ruszyło, trzeba było jakoś żyć.
Ale ten rozdział chciałabym zadedykować komuś wyjątkowemu.
Nie poświęcałam mu do tej pory zbyt wiele miejsca na blogu – nie dlatego, że jest mniej ważny,
ale dlatego, że ta historia skupiała się głównie na mnie i mojej drodze.
Dziś jednak czuję, że jestem mu winna kilka słów.
Mojemu starszemu synowi.
Młodemu chłopakowi, który w wieku osiemnastu lat zrobił coś, czego wielu dorosłych by się nie podjęło.
Przyleciał z Polski, zostawiając swoje życie, by pomóc mi stanąć na nogi.
Nie narzekał. Nie pytał „dlaczego tak się stało?”.
Po prostu był – z miłością, spokojem i dojrzałością, która rozbiła mnie na kawałki… w tym dobrym sensie.
Pracował, żebym miała z czego żyć, zanim ruszyły wszystkie formalności.
Dzięki niemu nie czułam się już sama.
Bo wiecie, czasem anioły nie mają skrzydeł.
Czasem noszą bluzy z kapturem, mają słuchawki w uszach i mówią: „Mamo, damy radę.”
Ci, którzy czytają mój blog od początku, wiedzą, że mam starszego syna z pierwszego związku.
To właśnie przez tamten związek mój syn zdecydował, że zostanie w Polsce z ojcem.
Nie chciał wyjeżdżać ze mną… i dziś już wiem, że wtedy kierował się mądrością, której nie powstydziłby się żaden dorosły.
Zobaczył więcej, niż ja wtedy potrafiłam zobaczyć.
Odwiedzał mnie kilka razy, ale nigdy nie zdecydował się zostać na dłużej.
Nie dlatego, że tęsknił za ojczyzną – po prostu nie chciał dzielić życia z osobą, z którą ja wtedy je dzieliłam.
I dziś to rozumiem.
Czuł, że w tamtym domu brakuje miejsca na spokój – zarówno jego, jak i mój.
Nie będę ukrywać – nie zawsze było nam po drodze.
Nawet teraz często mamy zupełnie inne spojrzenie na świat, a to rodzi między nami konflikty.
Można by powiedzieć, że dzień bez sprzeczki to dzień stracony. 😄
Oboje mamy silne charaktery i żadne z nas nie lubi ustępować.
Ale nawet jeśli padną między nami ciężkie słowa, nigdy nie potrafimy długo nosić w sobie urazy.
Jesteśmy zupełnie inni, a jednak bardzo podobni.
Wiem, że to się gryzie, ale dokładnie tak jest.
Kiedyś usłyszałam, że pierworodny syn to męska kopia swojej matki – jej lustro.
Czasem patrzysz na swojego syna i myślisz:
„O nie… on ma mój charakter”.
Ten sam upór, to samo przewracanie oczami, to samo „nie będziesz mi mówić, co mam robić!”.
Ale to nie przypadek.
Pierworodny syn to często lustro duszy matki – tylko z męską energią i większym apetytem.
Pokazuje jej wszystko, czego nie chciała w sobie zobaczyć: emocje, które zamiotła pod dywan, gniew, który udawała, że nie istnieje, i siłę, którą schowała za uśmiechem.
Jego wrażliwość to jej dawno zapomniane serce.
Jego bunt – jej niewypowiedziany sprzeciw wobec świata.
Jego siła – jej moc, o której zapomniała, bo musiała być „grzeczna”.
Dlatego relacja matki z pierworodnym synem bywa jak karmiczny serial –
raz komedia, raz dramat, czasem horror z elementami czułości.
A że wszystko okraszone humorem, fochem i rozrzuconymi skarpetkami…
cóż, taka już metoda Wszechświata 😄.
Ale kiedy życie naprawdę wystawiło mnie na próbę,
to właśnie on – mój karmiczny partner w wersji syna – pokazał, jak wielkie ma serce.
Mimo że miał dopiero osiemnaście lat, zachował się jak dojrzały mężczyzna,
który potrafi zatroszczyć się o swoich bliskich – o matkę i młodszego brata.
Wstawał o świcie, wracał późnym wieczorem i ciężko pracował.
W ekspresowym tempie nauczył się obcego języka,
nawiązał znajomości, zorganizował wszystko, co było trzeba.
Po prostu odnalazł się w nowym miejscu, jakby robił to od zawsze.
Mieliśmy wtedy nasz mały, spokojny świat –
nieidealny, ale bezpieczny.
Świat, w którym wreszcie można było oddychać.
Tylko, że znów do czasu…
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.