„Przystanek refleksja – czyli łyk powietrza między łzami”


Moi kochani, wiem, że ostatnio trochę Was zaniedbałam.
Ale wybaczcie mi – musiałam dać sobie chwilę odpoczynku po tym, co dla Was ostatnio opisałam.
Ten rozdział był dla mnie jak ponowne przeżycie nocy, o której wolałabym zapomnieć.

Myślę, że to, co najgorsze, już Wam opowiedziałam.
A to znaczy, że teraz będzie mi łatwiej siadać do klawiatury.

Dziś nie będę wracać do tego, co wydarzyło się zaraz po tym, jak uwolniłam się od tyrana, którego sama zaprosiłam do swojego życia.
O tym jeszcze przeczytacie.

Dziś chcę Wam napisać, jak patrzę na to wszystko teraz – z perspektywy czasu, ze spokojniejszym sercem, z mądrzejszym spojrzeniem.

Bo choć rany zostają, to uczą nas, że nigdy więcej nie pozwolimy, by ktoś jeszcze tak nas zranił.

Mówią, że życie zaczyna się po czterdziestce — i coś w tym jest.
Właśnie wtedy naprawdę zaczęłam żyć.
Na początku myślałam, że najlepsze lata przepadły mi z niewłaściwą osobą, że już nic dobrego przede mną. Okazało się to nieprawdą.

Poczułam dziwny oddech wolności — jakby ktoś uchylił okno w dusznym pomieszczeniu.
Dziś nie mam partnera, ale mam spokój w sercu i dobrze mi z tym.
Nie czekam już na czyjeś pozwolenie, jak mam żyć. Jem to, co chcę, ubieram się tak, jak lubię, i sprzątam dopiero wtedy… gdy się o coś przewrócę. 😉

Znalazłam pracę, nowych przyjaciół, ale przede wszystkim nauczyłam się być dla siebie najlepszym towarzyszem.
Doceniam siebie. Patrzę w lustro i mówię: „Dumna jestem, że się podniosłaś. Że umiałaś postawić granice. Że nie dałaś się zniszczyć. Że odnalazłaś swoją drogę”.

Nie poddałam się. Nie zamknęłam w czterech ścianach, opłakując życie „do niczego”.
Ta cała historia tylko mnie wzmocniła i pokazała nową mnie.

Chciałabym tutaj — w swoim imieniu i w imieniu wszystkich kobiet, które znalazły się w podobnej sytuacji — prosić jedno: nie obwiniajcie nas za to, że zakochałyśmy się w niewłaściwych mężczyznach.
Nikt z nas nie wie, na kogo trafi w życiu. Nikt z was nie może na pewno powiedzieć: „Ja bym odeszła”, „Ja bym zobaczyła czerwone flagi”, „Ja bym nie była taka głupia”.

Prawda jest taka, że na początku działają miłosne klapki — motyle nie tylko w brzuchu, ale i przed oczami.
Tacy mężczyźni potrafią na początku udawać dokładnie kogoś, kogo szukasz. Łapiesz się na haczyk przynęty w postaci wielkiej, obiecującej miłości, o której każdy z nas marzy.
Tylko że często w tle kryje się plan, byś poczuła się na tyle bezpiecznie, żeby on mógł cię złapać — nie na haczyk, a w sidła.

Więc zamiast osądzać kobietę i zrzucać winę na nią, warto zapytać:
dlaczego on kłamał? dlaczego manipulował? dlaczego udawał kogoś, kim nigdy nie miał zamiaru być?

Zauważyłam w naszym społeczeństwie pewien schemat. Łatwiej nam oceniać ofiarę niż sprawcę.
Nie pytamy: „dlaczego on dopuścił się gwałtu?” – pytamy: „dlaczego ona tam poszła sama?”, „dlaczego ubrała się tak, że prowokowała?”.
Nie pytamy: „dlaczego on uderzył?” – pytamy: „dlaczego ona nie odeszła?”.
Nie pytamy: „dlaczego on karmił się cudzym cierpieniem?” – pytamy: „dlaczego ona w to weszła?”.

Słyszeliście to nieraz, prawda?
„Gdyby nie szła ciemną ulicą, nikt by jej nie napadł. Sama się o to prosiła”.
Albo: „Po co się z nim zadawała, przecież było wiadomo, że to drań”.

To jest straszne – jak łatwo nam przychodzi ocenianie ofiary, a nie sprawcy.
A przecież w związkach działa to tak samo. Zamiast obwiniać kobiety za to, że zaufały – zacznijmy pociągać do odpowiedzialności tych, którzy świadomie sprzedają kłamstwa, by zyskać przewagę i nakarmić swoje chore ego.

Kobiety nie są winne temu, że zaufały. Nie są winne temu, że dały z siebie wszystko dla drugiej osoby.
Mnie osobiście – mimo moich złych wyborów – nie spotkała aż tak ostra krytyka. Ktoś coś gdzieś powiedział, ale to nic w porównaniu z tym, co słyszały inne kobiety.

I właśnie dlatego dziś o tym piszę. Bo milczenie dokłada kamień do plecaka ofiary, zamiast do winnego.

Często to właśnie otoczenie kobiety szybciej dostrzega sygnały ostrzegawcze niż ona sama.
Rodzina czy przyjaciele mówią: „On nie jest dla ciebie dobry”, „Zastanów się”, „Coś tu nie gra”.
A jednak ona brnie dalej. Dlaczego?

Bo w środku mamy inną wersję tego człowieka – tę, którą pokazał nam na początku. Wspomnienie tej osoby staje się jak filtr, przez który patrzymy na jego kolejne zachowania. Do tego dochodzi nadzieja: że to był tylko gorszy dzień, że on się zmieni, że miłość zwycięży. To nie jest „wymysł”, to mechanizm psychiki, która broni się przed bólem i rozczarowaniem.

I żeby była jasność – to nie jest tylko historia kobiet.
Znam sytuacje, w których to mężczyzna stawał się ofiarą – zmanipulowany, niszczony psychicznie, a czasem i fizycznie.
To się zdarza. I boli tak samo.

Dlatego zamiast atakować ofiary za „naiwność” czy „brak rozsądku”, warto zrozumieć, że w miłości nikt nie dostaje instrukcji obsługi drugiego człowieka. A ci, którzy manipulują, doskonale wiedzą, jak wykorzystać nasze marzenia i pragnienia przeciwko nam.

I wiecie co?
Choć dziś rozwijam się duchowo, sięgam po karty tarota, a gdybym nawet kupiła szklaną kulę – i tak nie byłabym w stanie przewidzieć, na jakiego człowieka trafię. 😉

Różnica jest tylko taka, że teraz jestem mądrzejsza.
Bardziej krytyczna w dobieraniu ludzi, staram się czytać między wierszami, zanim dopuszczę kogoś do swojego świata.

Ale bądźmy szczerzy… nawet przy największej uważności czasem wśród pięknych słoneczników trafi się jakiś chwast.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *