„Ratowniczka – czyli moja choroba na dawanie drugiej szansy”.


W tamtym okresie nawet nie słyszałam o czymś takim jak syndrom ratownika.
Dopiero niedawno koleżanka uświadomiła mi, że coś takiego istnieje. ( Dzięki Karolina 🙂 )
I teraz już wiem, że właśnie ta przypadłość dopadła i mnie… wtedy, w tym najgorszym czasie.

Brzmi dumnie, prawda? Syndrom ratownika.
Ktoś, kto się w to nie zagłębia, może pomyśleć:
– To musi być osoba o wielkim sercu.
– Na nią zawsze można liczyć.
– Ona nigdy nie odmówi pomocy.

Może i tak.
Ale problem w tym, że taka osoba zapomina o sobie.
A ja byłam tego najlepszym przykładem.

Moje zachowanie nie brało się znikąd.
Żyłam z człowiekiem o dwóch twarzach.
Potrafił być czarujący, pomocny, uprzejmy – taki, że serce miękło i chciało wierzyć, że oto właśnie taki jest naprawdę.
Ale wystarczyła chwila, żeby zamienił się w kogoś zupełnie innego: wybuchowego, drażliwego, wiecznie zdenerwowanego.

I dlatego go tłumaczyłam.
Dlatego chciałam naprawiać.
Bo skoro widziałam w nim te przebłyski człowieczeństwa, wierzyłam, że da się je wydobyć na stałe.
Chciałam go ratować – tłumacząc, pokazując, jak bardzo go kocham, starając się rozumieć jego sytuację.

On jednak zmieniał się tylko na chwilę.
A ja byłam naiwna, wierząc, że tym razem już na zawsze.

Kiedy dowiedział się, gdzie jestem, spakował się w błyskawicznym tempie i przyjechał.
Myślałam, że będzie mnie przepraszał.
Że poczuje wstyd, zwłaszcza wobec mojej kuzynki, za to, jak mnie potraktował.

Ale nie.

Wyglądał, jakby właśnie wygrał wakacje marzeń.
Radosny, zadowolony, nawet odświeżony – jakby cała ta sytuacja wcale go nie dotyczyła.
Na jego twarzy nie było ani cienia skruchy, ani wstydu.
Tylko pewność siebie, jakby przyjechał po swoje.

Zamieszkał ze mną u kuzynki.
Przez pierwszy tydzień było dobrze – pomagał w domu, czasem coś ugotował, szybko też znalazł pracę.
Na początku wyglądało to tak, jakby naprawdę chciał coś zmienić.

Ale z czasem zaczęło mu coraz więcej przeszkadzać.
Nie rozumiał, że to on jest gościem – u kogoś, kto go przygarnął i dał mu drugą szansę.
Zachowywał się tak, jakby wszystko mu się należało.

Nie płacił za mieszkanie – jedynie dokładał się do jedzenia – a mimo to miał ochotę narzucać swoje zdanie w każdej sprawie.
Krytykował styl życia mojej kuzynki i jej męża: że źle wychowują syna, że w niewłaściwych godzinach jedzą obiad, że kupują za drogie produkty, zamiast oszczędzać.

Oszczędzać musieliśmy – ale my, żeby uzbierać na wynajem mieszkania.
Dlaczego więc oni mieliby zmieniać swoje życie tylko dlatego, że on tak chciał?

Na szczęście nie mówił im tego prosto w twarz.
Swoje urojone problemy wylewał na mnie.

A jednak… mimo tych wszystkich zachowań wobec innych, dla mnie był miły.
Potrafił być czuły, troskliwy, rzucić komplement, przytulić.
Dawał mi nadzieję, że tym razem naprawdę się zmienił.
I ja, naiwna, znowu mu zawierzyłam.

Z pracy był zadowolony – zarabiał znacznie więcej niż w poprzednim mieście.
A kupka pieniędzy na wynajem mieszkania szybko rosła.
Choć tak naprawdę to była też zasługa mojej kuzynki, która nie brała od nas ani grosza za opłaty.

Po dwóch miesiącach byliśmy już „na swoim”.
Mały, parterowy domek w spokojnej okolicy, z dużym ogrodem.
Trzy pokoje, obszerna kuchnia – byłam szczęśliwa.

I nie tylko z powodu samego domu.
Cieszyła mnie natura, która nas otaczała – morze oddalone zaledwie o piętnaście minut.
Ale przede wszystkim to, że wreszcie miałam blisko rodzinę.

Wierzyłam całym sercem, że teraz już będzie dobrze.
Nawet ograniczył alkohol.
Ale… tylko do czasu.

W pracy poznał nowych kolegów – Polaków.
I znów zaczęło się „piwko po pracy”.
Tyle że tym razem nie przed telewizorem, ale nad pobliskim stawem, w towarzystwie nowych znajomych.

Na początku mi to nie przeszkadzało.
Nie było awantur, a to, że wracał później, nie robiło na mnie większego wrażenia.
To miasto, w przeciwieństwie do poprzedniego, dawało mi więcej możliwości.
Mogłam wyjść z dzieckiem na plażę, na plac zabaw, odwiedzić kuzynkę.

Tutaj życie zaczynało wyglądać inaczej.
Tutaj wreszcie mogłam zapewnić sobie miły czas – sama, bez jego udziału.

Poznałam inne matki z małymi dziećmi i z niektórymi nasze relacje szybko się pogłębiły.
Zaczęłyśmy wspólnie wychodzić, spędzać czas u siebie nawzajem.
Dzieci były zadowolone, a my mogłyśmy powymieniać się ploteczkami i trochę się zrelaksować.

Jednak po pewnym czasie jemu zaczęło to przeszkadzać.
Nie lubił, gdy wracał do domu, a mnie w nim nie było.
Tłumaczył to oczywiście w taki sposób, bym myślała, że chodzi o troskę.
Że się o mnie martwi.
Że tęskni, kiedy mnie nie ma.

Ale z czasem, kiedy się nie posłuchałam i któryś raz z kolei wrócił, a mnie nie było, już nie był taki miły.
Robił awantury.
Powtarzał, że powinnam na niego czekać, a nie „łazić nie wiadomo gdzie i z kim”.

Doprowadził do tego, że siedząc w towarzystwie koleżanek, zamiast cieszyć się chwilą, zerkałam nerwowo na zegarek.
Pilnowałam, by wrócić do domu, zanim on skończy pracę.
Bo wiedziałam, że inaczej znowu czeka mnie piekło.

Nie chciałam, żeby mój syn był świadkiem jego krzyków.
Żeby słyszał, jak na mnie wrzeszczy, i uczył się, że tak właśnie wygląda związek.
Nie chciałam, by dom kojarzył mu się ze strachem.

Dlatego potulnie dostosowałam się do jego wymagań.

Z czasem te piwka po pracy z kolegami przestały mu wystarczać.
Wracał do domu i „musił się dopić”.
A wtedy do akcji wkraczała wódka.
Nie codziennie, ale w każdy weekend musiała być.

Zakupy spoczywały na moich barkach.
Układając listę, musiałam tak rozplanować budżet, żeby starczyło nie tylko na jedzenie i opłaty, ale też na ten „wyskokowy napój”.
Czasem było naprawdę ciężko, bo jego pensja wpływała nie co miesiąc, a co tydzień.
To nie były zawrotne kwoty, a ja musiałam z nich wydzielić wszystko: rachunki, jedzenie… i oczywiście alkohol.

Nie było mowy o kupnie czegokolwiek do domu, o nowych ciuchach – po prostu nie było na to pieniędzy.
Nie mieliśmy nawet łóżka do spania, tylko materac na podłodze.
Kiedy zwracałam na to uwagę, kwitował krótko:
– Masz dach nad głową, jest ci ciepło – to czego marudzisz? Kiedyś się kupi.

Kiedy mówiłam, że potrzebne mi są nowe spodnie, bo stare są przetarte, odpowiadał:
– A po co ci nowe? Komu się chcesz podobać? Są przetarte w kroku? Tam nikt ci nie zagląda. Z czasem kupimy nowe.

Tylko że to jego „kiedyś” w moich oczach oznaczało jedno – że nigdy.
Przy jego sposobie życia niczego nowego miało po prostu nie być.

Zaczęłam myśleć, żeby pójść do pracy.
Chciałam wreszcie polepszyć tę naszą mizerną sytuację.

Ale on się nie zgodził.
Twierdził, że to nic nie da – bo wtedy stracimy dodatki na dziecko i „wyjdzie na to samo”.
A poza tym, jak podkreślał, on woli, żebym była w domu.
Bo wtedy dom będzie zadbany, a obiad ugotowany.

Dziś wiem, że on po prostu chciał mieć nade mną kontrolę.
Doprowadzał do tego, że w tym domu nie miałam prawa głosu.

Traktował mnie tak, jakbym była pod nim.
I nie tylko w naszych czterech ścianach – czasem także wśród znajomych potrafił zrobić ze mnie „głupiutką”, taką, która niby nie rozumie życia.

Ta chwilowa dobroć, która pojawiła się zaraz po jego przyjeździe, powoli zaczęła się zacierać.
Wracała kontrola.
Wracała jego decyzyjność.
A ja znów zaczynałam się czuć niewystarczająco dobra w roli partnerki.

I wtedy zrozumiałam, że życie zatoczyło koło.
Nowe miasto, nowy dom, nowe znajomości – a ja znów byłam w tym samym miejscu.
Uwięziona w związku, w którym nie miałam prawa głosu.
Z nadzieją, że tym razem będzie inaczej… i z gorzkim poczuciem, że jednak wciąż jest tak samo.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

1 myśl w temacie “„Ratowniczka – czyli moja choroba na dawanie drugiej szansy”.”

  1. Zdarza się tak, że koło ratunkowe potrafi utonąć jeśli jest uszkodzone, źle zaprojektowane albo przeciążone. Na przykład, jeśli ma dziurę albo jest zrobione z materiału, który nasiąka wodą, to zamiast ratować, samo pójdzie na dno. Takie skojarzenie…

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *