„Zły klucz do nowego życia – czyli jak otworzyłam drzwi, których lepiej było nie ruszać”


Po wszystkim, co się wydarzyło, myślałam, że wreszcie będzie cisza.
Że odcięcie się od niego – choć bolesne – pozwoli mi w końcu złapać oddech.
Ale to, co z zewnątrz wyglądało na spokój, w środku było burzą.

Byłam rozwalona na małe kawałeczki.
Mimo że miałam obok siebie kogoś, kto był mi bliski, czułam się zagubiona i bezradna.
Moje emocje tańczyły chaotyczny taniec – od smutku po gniew, od śmiechu po łzy.
A w środku nosiłam ciężar, którego nie potrafiłam zrzucić.
Nie wiedziałam, czy to strach, że zostałam ze wszystkim sama, czy niezgoda na to, że ta relacja się nie udała.

I wtedy… on wrócił.
Najpierw wiadomościami – pełnymi płaczu, błagań i obietnic poprawy.
Potem telefonami, których nie odbierałam.

Zaczęłam czuć się tak, jakbym to ja była wszystkiemu winna.
Może źle postąpiłam, odcinając go od dziecka?
Przecież pisał, że nas kocha – tak pięknie, tak przekonująco.
Może jeśli tylko się postaram, teraz już się ułoży?

Nie wiem, co miałam wtedy w głowie.
Nie wiem, skąd brało się to poczucie winy – może z tego, że w przeciwieństwie do niego miałam w sobie ludzkie odruchy.

Kuzynka próbowała mi wytłumaczyć, że wina leży wyłącznie po jego stronie.
– Ty spełniałaś jego wszystkie oczekiwania – mówiła – a on ograniczał cię we wszystkim.
Mówił, co masz robić, co kupować, jak spędzać czas, jak oddychać.
Byłaś zamknięta w puszce, do której tylko on miał klucz.

Wiedziałam, że to już nie jestem ja.
Że od dawna jestem tylko cieniem – wystraszona, zaniedbana, bez pomysłu na siebie.
Nie przypominałam tej dziewczyny sprzed lat – radosnej, pozytywnej, pewnej siebie.

Byłam ofiarą, która sama siebie oszukuje, bo zaczęłam go tłumaczyć.
Nie przyznawałam przed sobą, że ten związek to dramatyczna sytuacja, w której doświadczam upokorzeń.
Zamiast tego mówiłam: on taki biedny, pozbawiłam go dziecka, on cierpi.
Może to moja wina, że wyrzucił mnie z domu – przecież chciałam od niego odejść, a jego poniosły emocje, bo poczuł się zraniony.

Może nie powinien tak krzyczeć, ale pewnie był zdenerwowany.
Miał prawo być niezadowolony.
Przecież wcześniej nie było tak źle… może teraz też by nie było.

Nie wiedziałam, co począć.
Nie umiałam odnaleźć się w nowej rzeczywistości, w nowym miejscu, w moim nowym życiu.

Po tygodniu, wiadomości o wielkiej miłości przerodziły się w szantaż.
Oczywiście nadal nie odpisywałam.
Nie wiedział, gdzie jestem ani co się ze mną dzieje.

Zaczął pisać, że nie ma po co żyć.
Że my byliśmy jego światłem, światem i życiem.
Że ze sobą skończy, bo bez nas nie widzi przyszłości.

Nie umiałam wtedy stawiać granic.
Nie potrafiłam powiedzieć: nie obchodzi mnie to, rób co chcesz.
W tamtym momencie widziałam już tylko czarne scenariusze – że się otruł, powiesił, rzucił z mostu albo pod pociąg.

Z jednej strony chciałam ratować resztki swojej godności,
ale z drugiej… już dawno straciłam kontrolę nad swoim życiem.

Czułam się wtedy tak, jakbym nie potrafiła już żyć bez niego.
Jakby to on był jedynym drogowskazem na mojej drodze.

Miałam wrażenie, jakbym była trzynastoletnią dziewczynką wypuszczoną w świat bez żadnych wskazówek.
Bez słów, jak biec po tej tarczy życia i się nie potknąć.
Jakby nie dali mi kompasu i zostawili samą w środku lasu.

Tak długo byłam przez niego prowadzona, sterowana, kontrolowana.
Narzucał mi wszystko.
I doprowadził do tego, że czułam się, jakby ktoś wyrwał mi tę półkulę odpowiedzialną za myślenie.

Przez dwa lata żyłam tylko z nim – dosłownie.
Był jedynym punktem odniesienia, jedynym głosem, który do mnie docierał.

Czasem zdarzało się, że widziałam coś inaczej, że wewnętrznie czułam, że mam rację.
Ale on zawsze potrafił to obrócić w taki sposób, że w końcu wierzyłam, iż to ja jestem w błędzie.

Nie miałam innych przykładów.
Był tylko on i ja – w obcym kraju, bez rodziny, bez przyjaciół, bez nikogo bliskiego.
Jakbyśmy żyli w świecie, który on sam dla nas stworzył.

To trochę tak, jak w sektach.
Gdzie odcinasz się od normalności, a jedyną prawdą staje się ta, którą ktoś Ci włoży do głowy.
Po pewnym czasie tracisz zdolność odróżniania dobra od zła, prawdy od manipulacji.
I zaczynasz myśleć tak, jak on chce, żebyś myślała.

Choć teraz miałam przed oczami przykład normalnego życia – mojej kuzynki i jej męża – ja sama nie umiałam się w tym odnaleźć.
Były momenty, kiedy widziałam promyk nadziei na lepsze jutro.
Ale zaraz karciłam się za takie myślenie.
Bo jak to… bez niego?

Przecież on teraz taki samotny, porzucony.
Na pewno płacze, przeżywa, jest mu cholernie źle.
A za tym wszystkim stoję ja – ta „zła kobieta”.

W wiadomościach kajał się dalej.
Przepraszał – co było dla mnie nowością, bo nigdy tego wcześniej nie robił.
I to sprawiało, że czułam się jeszcze bardziej winna.

Usprawiedliwiał swoje złe zachowania.
Tłumaczył, że jemu też jest ciężko – że pracuje na gorszym stanowisku niż w ojczyźnie, że znosi upokorzenia, a czasem nawet rasizm.
Że to wszystko się w nim kumuluje, aż w końcu wybucha.

A ja?
Zamiast zobaczyć w tym tanią wymówkę, słyszałam w głowie tylko jedno: może to ja powinnam była go bardziej zrozumieć.

I tak krok po kroku uczyłam się brać winę na siebie – winę, która nigdy nie należała do mnie.
Zaczęłam wierzyć w to, że to ja powinnam się bardziej postarać, więcej wytrzymać, być silniejsza.
W mojej głowie to on stawał się ofiarą, a ja katem… ale chyba samej siebie.

Z kuzynką zaczęłyśmy załatwiać sprawy formalne, żeby znaleźć dla mnie jakieś lokum.
Wydawało się to proste – przecież byłam samotną matką, mieszkałam w Wielkiej Brytanii już ponad dwa lata, więc zgodnie z prawem mogłam starać się o mieszkanie socjalne.
Ale wtedy wyszedł na jaw mały szczegół, który wszystko komplikował.

Wcześniejsze lata spędziłam w Anglii. Teraz byłam w Walii.
A w walijskim systemie istniała zasada: żeby móc ubiegać się o mieszkanie, trzeba mieszkać na terenie Walii przynajmniej rok.
Dla urzędników to był „mały szczegół”.
Dla mnie – bariera nie do przejścia.

To oznaczało, że przez rok musiałabym siedzieć kuzynce na głowie.
Nie chciałam być takim ciężarem – czułam, że burzę jej poukładane życie, choć ona nigdy nie dała mi tego odczuć.
Na wynajęcie mieszkania nie było mnie stać.
Nie miałam żadnych pieniędzy.

Wszystkie benefity na dziecko wpływały na jego konto.
Oczywiście, mogłam to zmienić – dziecko było ze mną, a więc formalnie wystarczyło tylko zgłosić sprawę i przepisać świadczenia.
Ale w tym wszystkim chodziło o czas.
A czas wtedy działał przeciwko mnie.

Każdy dzień pod dachem kuzynki był darem i ratunkiem… ale w mojej głowie pojawiał się coraz większy lęk.
Lęk, że nie dam rady zbudować niczego swojego, że ugrzęznę w tym zawieszeniu między starym życiem a nowym.
Czułam, jakby świat mówił mi: „Jeszcze nie teraz. Jeszcze musisz poczekać.”
Tylko że ja już nie miałam siły czekać.

Zaczęłam myśleć, że nie mam wyjścia – muszę się do niego odezwać, dać mu szansę na naprawienie tej relacji.
Przecież pisał, że zrozumiał swój błąd, swoje złe zachowanie.
Że nas kocha.
Że teraz już będzie lepiej.
Że on się zmieni.

Chcę, żebyście wiedzieli, że jestem osobą, która siedzi mocno w marzeniach.
Czasem te marzenia pomagają mi przetrwać najtrudniejsze chwile – pozwalają odepchnąć złe myśli, czarne scenariusze, naładować się pozytywnie do walki z sytuacją, która mnie przytłacza.
Ale w tamtym momencie… marzenia stały się zgubne.

Patrząc na to piękne miejsce, na morskie fale rozbijające się o skały, wyobraziłam sobie, że właśnie tu wszystko się ułoży.
Że ta przestrzeń, ten świeży początek, to morze i góry – tchną w niego inne spojrzenie na związek, na życie, na rodzinę.
Poza tym… tutaj nie byłam już sama.
Miałam kuzynkę, jej męża, jej dzieci.
Tu na pewno nam się uda, powtarzałam sobie w głowie.

I wtedy, siedząc na małych skałkach, patrząc na burzące się fale, podjęłam decyzję.
Zadzwonię do niego.

Nie wiedziałam wtedy, czy podjęłam najlepszą decyzję w życiu… czy właśnie wpadłam w największą pułapkę. Ale tego dowiecie się w kolejnym rozdziale.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *