,,Buty, które miały pasować – czyli o miłości, która trochę uwiera,,


Każda kobieta ma takie buty.
Kupione z impulsu albo z wielkiej miłości. Piękne, niepowtarzalne, może nawet przecenione – na których widok, serce biło szybciej, gdy je zobaczyłaś. Wydawały się stworzone dla Ciebie.
Tylko że…
Każdy krok w nich bolał.
Co jakiś czas próbujesz dać im jeszcze jedną szansę. Może tym razem stopa się „ułoży”. Może jak założysz na chwilę, to się „rozchodzą”. Może… może…

Ale nic z tego. Ból wraca. I przypomina Ci o czymś, co bardzo trudno przyjąć:
To, co piękne, nie zawsze jest dla Ciebie dobre.

Ale zanim je porzucisz, próbujesz jeszcze raz.
I jeszcze.

Nie od razu oddajesz takie buty.
Najpierw chowasz je na dno szafy.
Potem znów wyciągasz.
Jeszcze raz wkładasz, licząc, że tym razem to będzie ta bajka. Że nie będzie już bolało.

Ale niektóre bajki nie są szyte na miarę.
I zamiast księcia zostaje tylko ból w pięcie.

On był właśnie taką parą butów.
Zachwycającą. Magnetyczną. Tylko że źle leżał. Uwierał. Z każdym dniem coraz mocniej.

Z tygodnia na tydzień stawał się coraz bardziej nerwowy.
Oczywiście – przeplatało się to z chwilami normalności, czasem nawet ciepła,
ale wybuchał nagle, bez żadnego powodu.
Nigdy nie wiedziałam, kiedy ten granat eksploduje.

Zastygałam w przerażeniu, bojąc się wykonać najmniejszy ruch,
wydusić z siebie choćby słowo.
W głowie szalały myśli – co tym razem?

Przeważnie powodem jego wybuchów była złość na… rachunki.
Bo po incydencie z landlordem, przez jakiś czas pilnował terminów.
Zachowywał się jednak tak, jakby był jedyną osobą na świecie, której nałożono taki obowiązek.

Krzyczał, że przecież miało być lepiej.
Miało być łatwiej.
Jakby ktoś mu kiedyś obiecał, że w Anglii wszystkie opłaty są zniesione,
a tu nagle niespodzianka – też trzeba płacić.

Pewnego dnia dostaliśmy mandat.
Ot, zwykłe przekroczenie czasu na miejscu parkingowym – klasyka. Kwota? Dwadzieścia pięć funtów, jeśli w ciągu siedmiu dni zostanie dokonany przelew.
Nie powiem, przyjemność to żadna, ale biorąc pod uwagę, że jego pensja wynosiła wtedy około osiemset funtów miesięcznie, do tego benefity, to umówmy się… nie był to cios, po którym trzeba zbierać zęby z dywanu.

Ale nie dla niego.

Dostał piany na ustach, oczy wyszły mu z orbit, a z ust wyrzucił zdanie, które do dziś dzwoni mi w uszach:

– Nie dam się okradać! Gówno zobaczą, a nie pieniądze.

I tak się zaczął kolejny wywód przeciwko „systemowi”, „bandzie złodziei” i „angielskiemu państwu, co tylko czeka, żeby zabrać ciężko zarobione pieniądze uczciwemu człowiekowi”.

Po dwóch tygodniach przyszedł list. Kwota – już nie dwadzieścia pięć, a równe sto funtów.
Prosiłam. Przekonywałam. Błagałam, żeby to zapłacił, zanim zrobi się jeszcze gorzej.
Ale nie. On dalej swoje. Cwaniakował, podnosił głos, oskarżał wszystkich wokół : mnie, świat, system, Anglię, nawet naszych znajomych co się już wyprowadzili.
Na końcu teatralnie podarł ten list i rzucił mi jego skrawkami w twarz.
Koniec tematu – syknął.

Trzeciego listu już nie było.
Za to niespodziewanie wpadł z wizytą… komornik.
Przemiły, elegancki pan w garniturze, z uśmiechem na twarzy.
Spokojnym tonem oznajmił, że mamy dokładnie godzinę na uregulowanie kwoty – 500 funtów.
W przeciwnym razie – dzwoni po lawetę i zabiera auto.

Położył na stole wyrok sądu, skrzyżował ręce na brzuchu i wygodnie rozgościł się w naszym fotelu.
Jakby przyszedł na herbatkę, a nie po nasze cztery kółka.

Zamarłam.
I nie dlatego, że za chwilę mogłam zostać bez samochodu, który woził nas na zakupy czy do lekarza z dzieckiem.
Zamarłam, bo bałam się reakcji księcia.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać.

Lanlorda już uwięził i straszył policją…
Więc co będzie tym razem?

Auto nie było zbyt wiele warte – chyba nawet mniej niż wynosił ten mandat.
Ale wiedziałam, że dla niego to będzie jak pogwałcenie nietykalności monarchy.
Jakby ktoś rzucił wyzwanie jego świętemu prawu do bycia ponad wszystkim i wszystkimi.

Jednak tym razem… mnie zaskoczył.

Z uśmiechem na ustach usiadł obok mnie – na przeciwko pana komornika – i szepnął:
Co teraz zrobimy?
Tonem małego, niewinnego chłopca, który coś przeskrobał i teraz kaja się przed matką.

Spojrzałam na niego i powiedziałam najprościej, jak umiałam:
Zapłać. Albo oddaj auto.

Nic innego nie przychodziło mi do głowy.

Nie mamy tyle na koncie, kochanie… a przecież auto jest nam potrzebne – zaczął.
I wtedy zobaczyłam to w jego oczach.

To był lęk o samochód. To była nadzieja, że go uratuję. Że znów stanę na wysokości zadania i wybawię go z kłopotu.
Nawet przez chwilę, przysięgam, przemknęło mi przez myśl:
Zaraz zapyta, czy mnie może oddać w rozliczeniu…

Nie reagowałam.
W mojej głowie trwał właśnie Taniec z Gwiazdami – wir myśli, lęku i wstydu, którego nie dało się zatrzymać.
Nie byłam w stanie zebrać się do kupy, ułożyć choćby jednego racjonalnego zdania.

Komornik nadal siedział spokojnie, noga na nogę, patrząc na zegarek.
Profesjonalny. Cichy. Czekający.

Kochanie, czas ucieka – ponaglił mnie z udawaną czułością. – Może… może zadzwonisz do swojej kuzynki? Pożyczysz trochę?

Jakby to była najnaturalniejsza rzecz na świecie. Jakby to nie on miał właśnie przed sobą sądowy nakaz egzekucji długu, tylko ja.

Oczywiście, że mogłam do niej zadzwonić.
Byłyśmy sobie bliskie od dziecka.
Zawsze mogłam na nią liczyć. Mieszkała w innym mieście, ale też w Anglii. Miałyśmy kontakt, pisałyśmy, dzwoniłyśmy.
Wiedziałam, że nie odmówi. Wiedziałam, że pomoże.

Ale dlaczego znowu ja?
Dlaczego to ja miałam ogarniać jego brudy, jego nieodpowiedzialność, jego lekkomyślność?
Dlaczego ja miałam ratować tyłek komuś, kto przez ostatnie tygodnie regularnie miażdżył moje poczucie wartości?
Dlaczego ja miałam być tą, która znajduje rozwiązania, gdy on beztrosko palił mosty, listy, mandaty i resztki zdrowego rozsądku?

Czułam, jak się we mnie gotuje.
Ale na stole wciąż leżał wyrok.
A pan w garniturze nie przestawał spoglądać na zegarek.

I wtedy… sięgnęłam po telefon.

Przelew był na koncie w dziesięć minut, a może nawet szybciej. Pieniądze przeszły, komornik wstał, uprzejmie się pożegnał i wyszedł. Zostaliśmy sami – ja, mój „książę” i poczucie wstydu, które paliło mnie od środka.

On rozsiadł się wygodnie, klasnął w dłonie jak po udanym spektaklu i rzucił:
– No i z głowy! Mówiłem, że się załatwi. Ty to zawsze robisz z igły widły.
Cmoknął mnie w czoło i sięgnął po piwo.
– Trzeba to uczcić!

Stałam w miejscu jak zamurowana. Czasem naprawdę miałam wrażenie, że jedyne, czego mi wtedy brakowało, to pistolet, łopata i alibi. Bo co on, do cholery, chciał świętować? Swoją bezkarność?

To wtedy powinnam była odejść.
W chwili, gdy siedziałam naprzeciw komornika, z dzieckiem na rękach i z telefonem do kuzynki w dłoni. Gdy mój partner zrzucił całą odpowiedzialność na mnie i jeszcze miał czelność świętować to piwem. To był moment, w którym serce już wiedziało. Ale głowa jeszcze nie nadążała.

I choć wszystko krzyczało, żeby uciekać, ja znów schowałam te buty na dno szafy.
Te same, które od początku mnie obcierały. Które były piękne tylko z daleka. Które miały pasować, ale nigdy nie pasowały.

Zamiast je wyrzucić – próbowałam je ratować. Naprawiać.
Bo tak bardzo chciałam, żeby to miało sens.
Bo tak bardzo nie chciałam znów zaczynać od zera.

Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że każde kolejne „zostanie” będzie kosztować mnie coraz więcej. Że będę spłacać nie tylko cudze mandaty, ale przede wszystkim długi zaciągnięte na własnej godności.

I tak jak z niewygodnymi butami — im dłużej je nosisz, tym trudniej przyznać, że to był zły wybór. Bo przecież już się nachodziłaś. Już włożyłaś w to tyle czasu, uczuć, nadziei… tylko po to, żeby w końcu zrozumieć, że wygoda to nie luksus, ale prawo.

A Wy?
Rozchodziliście kiedyś „buty”, które od początku były za ciasne? Czy od razu rzucacie je w kąt, zanim zdążą zrobić blizny?


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

1 myśl w temacie “,,Buty, które miały pasować – czyli o miłości, która trochę uwiera,,”

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *