„Benefitowy książę – czyli jak mylić państwową pomoc z wygraną w Totka.”


Mój synek postanowił posiedzieć u mnie w brzuchu dwa tygodnie dłużej niż to było planowane. Poród był ciężki, ale każda matka wie, że ten ból rekompensuje pierwszy kontakt z maleństwem. Nie obyło się bez pewnych trudności, więc wróciłam na drugi dzień do domu bardzo obolała.
(Tak – w Anglii nie trzymają cię w szpitalu zbyt długo. Jeśli tylko dziecko i matka oddychają i mają temperaturę w normie, to najczęściej pakują cię do domu szybciej, niż zdążysz zjeść szpitalne tosty. „Dom najlepiej ci posłuży”, mówią. I może mają rację… ale jak się wraca w pampersie, z raną i dzieckiem, które jeszcze nie wie, że jest na świecie – to „komfort domowy” bywa pojęciem względnym.)

Pomocy żadnej nie miałam. Zupełnie inaczej niż przy pierwszym dziecku – wtedy mogłam liczyć na rodziców, teściów, babcie i ciocie. Momentami nawet było ich za dużo. A tu? Tylko ja i on. Bez kół ratunkowych, bez wsparcia, bez zapasowego ramienia do przytulenia.

Nie mogę mu jednak zarzucić nic na samym początku – wziął wolne z pracy, pomagał. Przez pierwsze trzy noce nawet wstawał do dziecka. Przez chwilę poczułam się, jakbyśmy naprawdę byli w tym razem.

A potem… potem chyba się zmęczył. Albo znudził. A może jedno i drugie. Nagle zaczął spać głębiej niż dziecko po mleku. Płacz w nocy? Nie słyszał. Dziwne, bo dźwięk otwieranej lodówki w dzień nadal go budził bezbłędnie.

Nie miałam wyjścia – trzeba było zacisnąć zęby. Czasem z bólu, czasem ze zmęczenia, ale głównie z bezsilności. Bo przecież ktoś musiał działać, ogarniać, koić, tulić i prać te wszystkie mikroskopijne śpioszki. Ręcznie. Bo przecież pralnia była „za rogiem”, a ja nie zamierzałam biegać tam za każdym razem, gdy coś się ubrudzi. A wiadomo – z noworodkiem brudne rzeczy pojawiają się szybciej niż powiesz „ups”.

On? On potrafił poświęcić swój czas dziecku. Ale tylko wtedy, kiedy wszystko było idealnie – cisza, sucha pielucha, pełny brzuszek i najlepiej jeszcze uśmiech. Wtedy był wzorowym tatusiem pełną gębą – oczka mu się świeciły, głaskał, bujał, robił zdjęcia i wysyłał rodzinie.

Ale wystarczył jeden grymas, krzywy dźwięk, lekkie jęknięcie – i nagle ręce go parzyły jakby ktoś mu wrzucił do nich rozżarzoną patelnię. Dziecko płakało? No to już nie jego działka. Przecież „on nie wie, o co chodzi”. A ja? Miałam wiedzieć wszystko. Zawsze.

I jak już w końcu, po godzinach lulania, przewijania, karmienia i noszenia, udało mi się uśpić małego – on wpadał na pomysł, żeby… zrobić pranie. Serio. Właśnie wtedy. A jak pranie, to wiadomo – odpalał się kombajn ukryty w szafie, czyli nasz słynny bojler. Ryk maszyny był gwarantem tego, że dziecko zaraz się obudzi, a ja wrócę do punktu wyjścia. I tak w kółko.

No… ciężkie początki, powiem Wam szczerze. Ale jak już przetrwałam te pierwsze noce na oparach sił, kolki, karmienia i pobudki co dwie godziny – i zaczęłam choć trochę lżej oddychać – pojawił się nowy problem.

Problem finansowy.

Nie miałam wglądu do konta. Wszystkie przelewy – zarówno za jego pracę, jak i dodatki na dziecko – lądowały w jego banku. Nie dopytywałam. Nie sprawdzałam. Ufałam. Bo przecież jesteśmy rodziną, mamy wspólne dziecko… no i on przecież wszystko „ogarnie”.

Na początku nie analizowałam wydatków. Skoro były pieniądze na pieluchy, mleko i rachunki – nie dociekałam. W końcu miałam zaufać, prawda?

Ale po jakimś czasie zauważyłam, że nasz wspólny budżet wyparowuje szybciej niż zapach z pampersa.
I tak naprawdę nie wiedziałam: gdzie, na co, po co?
Jedynym większym i sensownym wydatkiem był zakup auta. Nie negowałam tego pomysłu – przy małym dziecku to było złoto. Ale reszta?

Jego pensja może i nie była powalająca, ale razem z benefitami, które otrzymywaliśmy na dziecko, spokojnie starczało na normalne życie. Bez luksusów, ale też bez zamartwiania się o każdy grosz.
A mimo to zaczęły się piętrzyć długi.

Pewnego dnia do mieszkania zapukał właściciel.
– Kiedy uregulujecie zaległy czynsz? – zapytał spokojnie, ale bez cienia żartu.

Pytanie skierował do mnie, bo to ja otworzyłam drzwi. Nie wiem, jaką miałam wtedy minę, ale sądząc po jego minie – musiała być bezcenna. On był zdziwiony, że ja jestem zdziwiona. A ja… byłam jak uderzona cegłą w głowę.

Z wrażenia nawet nie zauważyłam, że nadal trzymam w ręku butelkę z mlekiem dla dziecka.
I tak, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, zaczęłam pić to mleko przez smoczek.
Po prostu – w szoku, mechanicznie, jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.
Patrzył na mnie, jakbym właśnie odgrywała scenę z jakiejś francuskiej tragifarsy.

Nie wiedziałam, co bardziej mnie zmroziło – to, że mamy zaległości… czy to, że właśnie się o nich dowiedziałam od właściciela, a nie od własnego partnera.

I wtedy stało się coś nieoczekiwanego.

Mój benefitowy książę wpadł do pomieszczenia jakby się paliło. Bez słowa doskoczył do drzwi wejściowych, przekręcił klucz w zamku i… schował go do kieszeni. Stałam jak zamurowana, z butelką ze smoczkiem w ustach, landlord z wytrzeszczem w oczach – a on zaczął wrzeszczeć. Oczywiście po polsku, jakby to coś wyjaśniało.

– Jakim prawem nachodzisz moją kobietę?! I moje dziecko?! – krzyczał. – To jest zastraszanie! Najście! Ja to zgłoszę na policję! Bla, bla, bla…

Ton oskarżycielski, mina bojowa, a landlord… biedak nie miał pojęcia, co się właśnie wydarza. Ja zresztą też.

Pomyślałam tylko: no pięknie… czas się pakować i ruszać pod most. Albo – w najlepszym razie – do przytułku dla bezdomnych. Landlord patrzył na mnie z nadzieją, że mu to wszystko wytłumaczę. A ja? Stałam tam z tym smoczkiem i butelką w ręku, nie wiedząc, co powiedzieć. Bo niby jak miałam mu przetłumaczyć ten dramat w trzech aktach, który właśnie odegrał mój książę?

W głowie próbowałam sklecić jakąś wersję wydarzeń, która nie brzmiałaby jak scenariusz kiepskiego serialu. I wtedy los się do mnie uśmiechnął.

Landlord zaniepokojony powtórzył:
Police? Police?
To był jedyny wyraz, który zrozumiał z całej tej polskiej awantury.

Odpowiedź przyszła natychmiast. Włączyłam tryb „ratuj sytuację”.

– Tak, tak, policja… problem. Mój partner został napadnięty i okradziony. Dlatego mamy chwilowe opóźnienie z płatnością. Wszystko zostało już zgłoszone.

Mężczyzna pokiwał głową ze zrozumieniem, a mój książę ciemności – myśląc, że tłumaczę jego słowa jeden do jednego – również kiwał zadowolony. W jego głowie właśnie wygrał bitwę, odstraszył wroga i ocalił dom.

W mojej – zapalała się czerwona lampka, że to wszystko zaczyna wymykać się spod kontroli.

Ten człowiek był bardzo wyrozumiały. Jak wielu Anglików – uwierzył nam na słowo. Powiedział spokojnie, że rozumie, że jest mu bardzo przykro, i że w takiej sytuacji może zaczekać na płatność.

W tamtej chwili poczułam coś dziwnego: więcej zaufania do obcego człowieka niż do własnego partnera. I więcej ulgi niż w niejednej terapii.

– Alkohol. Papierosy. Na to idą nasze pieniądze! – wyrzuciłam z siebie zaraz po wyjściu właściciela. – Skąd te długi?! – oczekiwałam wyjaśnień. Spodziewałam się wszystkiego, ale nie tego, co usłyszałam.

Podszedł powoli. Zatrzymał się tak blisko, że czułam jego oddech. Nachylił się, spojrzał mi prosto w oczy i syknął:

Po pierwsze: jakie nasze pieniądze? Ty nic nie masz.
Po drugie: głupia, zaniedbana kobieto, ty chyba nie masz pojęcia, ile kosztuje życie.

Po tych słowach sięgnął po bluzę, założył kaptur i wyszedł z trzaskiem, zostawiając mnie samą – z dzieckiem na rękach, szumem w głowie i sercem, które zamarzło w jednej sekundzie.

Szczerze wam powiem – coraz trudniej to wszystko unieść.
Aby napisać ten rozdział, siadałam do niego przez kilka dni. Chciałam pisać, ale jakby umysł odmawiał mi współpracy. Jakby nie chciał tam wracać. Musiałam się zmusić. Bo przecież nie mogę zostawić was teraz z niczym. Nie zakończę bloga – obiecałam wam, że opiszę moją drogę do odrodzenia.

Muszę nabrać sił, bo to dopiero początek. Przede mną długa droga – z zahukanej dziewczyny do kobiety z pazurem. Takiej, której nikt więcej nie podetnie skrzydeł. 💪


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *