
Znalazł nowy dom i był z siebie dumny jak paw. No, trzeba przyznać – warunki rzeczywiście lepsze. Ogródek co prawda taki na dwa kroki w prawo i jeden w tył, ale zawsze można było udawać, że jesteśmy bliżej natury. A jak ktoś miał wyobraźnię – to nawet grill z Tesco wyglądał tam jak perfekcyjne życie rodem z Instagrama.
Wchodzimy do pokoju – a tam… Marilyn Monroe. Na ścianie. I to nie jedna. Cała tapeta była w jej twarzy. Patrzyła na mnie z każdej strony, z różnych kątów, jakby czekała, aż się rozbiorę. Nie żeby mi przeszkadzała osobiście, ale po pięciu minutach czułam się jak na planie jakiegoś teledysku z lat 90., a nie w pokoju dziennym. Może poprzedni właściciel miał na jej punkcie fioła. Albo prowadził fanklub. Nie wiem, nie pytałam.
Kuchnia? Hmm… minimalistyczna. Tak bardzo, że nie było gdzie postawić pralki. A że w UK nie uświadczysz gniazdka w łazience (bo to „not safe”, jak to mówią lokalni elektrycy), to sprawa się trochę komplikowała. No ale on się nie przejmował. Pralnia była przecież za rogiem. A że jestem w ciąży, czasem ledwo stoję na nogach, a pranie waży więcej niż ja – no cóż. Podobno ruch to zdrowie.
Sypialnia – tutaj miałam nadzieję, że coś się uda uratować. No i była! Wielka szafa na całą ścianę! Pomyślałam: w końcu miejsce na wszystko – ubrania, pościel, rzeczy dziecka… Ale kiedy otworzyłam drzwi, moim oczom ukazał się… boiler. Wielki. Głośny. Zajmował pół szafy i ryczał jak kombajn, gdy tylko ktoś włączał wodę.
Czyli wieczorne kąpiele mojego lubego zamieniały się w koncert maszyn ciężkich. Zasnę dopiero, jak kombajn wyhamuje – wiadomo. A w ciąży, sen to waluta życia. Kiedy próbowałam złapać drzemkę w dzień, a on akurat wpadał na pomysł, żeby pozmywać… zapomnij. Kombajn startował i ciągnął mnie ze snu z całą mocą.
Ale przecież nie marudź, kobieto. Masz dach nad głową, ogródek, a z kuchni do pralni tylko 50 metrów i trzy skręty w prawo. Luksus po taniości.
Nie zrozumcie mnie źle – nie wymagałam żadnych fajerwerków. W Polsce też nie mieszkałam w żadnym pałacu. I gdyby naprawdę chodziło tylko o to, że się przemęczymy kilka lat, żeby wrócić z oszczędnościami i zacząć od nowa, to serio – mogłabym mieszkać nawet w tej ciasnej klitce, co wcześniej.
Ale mieliśmy stworzyć dom dla dziecka. Bezpieczne, wygodne miejsce, w którym będzie przestrzeń na jego pierwszy krok, pierwszy sen, pierwszy śmiech. A to mieszkanie, mimo że miało ogródek i wielką szafę, nadal pozostawiało wiele do życzenia.
Byłam tym wszystkim załamana.
Nie tak to miało wyglądać.
Bałam się przyszłości.
Były momenty, kiedy naprawdę rozważałam powrót do Polski.
Zamieszkać na chwilę z rodzicami, przeczekać trudny czas… A potem wrócić do swojego mieszkania, kiedy tylko się zwolni.
Ale co z nim?
W moim rodzinnym domu nie było miejsca dla ojca mojego dziecka.
Rodzice – mówiąc delikatnie – tolerowali go tylko ze względu na mnie.
Od początku widzieli w nim to, co mnie umykało przez zaślepienie miłością.
A teraz… teraz już sama zaczynałam to widzieć. Tylko wciąż jeszcze miałam nadzieję, że się mylę.
On żył chwilą.
Nie martwił się o jutro, nie robił planów, nie oszczędzał.
Kiedy próbowałam rozmawiać z nim o przyszłości, o tym, że trzeba się przygotować na przyjście dziecka – machał ręką.
– Nie ma się czym martwić – powiedział. – Urodzi się dziecko, to państwo nam da.
Zamarłam.
Te słowa zmroziły mnie od środka.
Brzmiały tak, jakby nasze dziecko miało być biletem do zdobycia kasy.
Jakby nie chodziło o życie, które wspólnie stworzyliśmy… tylko o „benefity”.
Wtedy pierwszy raz coś mi się w środku naprawdę przewróciło.
Nie umiałam jeszcze tego nazwać, ale intuicja zaczęła bić na alarm.
Coraz częściej po pracy zaczynał „relaks” – klasyczny zestaw: telewizorek, browarek, nogi na ławie i druga ręka na moim brzuchu.
Siedział tak, jakby już wszystko w życiu miał załatwione.
Mało mówił. Tłumaczył się, że zmęczony, że „nagadał się w pracy” (a to dopiero ciekawostka, bo nadal umiał tylko kilka podstawowych słów po angielsku).
A ja?
Odcięta od świata, po całym dniu spędzonym samotnie w czterech ścianach, czekałam chociaż na minimalną wymianę zdań. Jakąś rozmowę. Zwykłe „co u ciebie?”. Cokolwiek.
Marudziłam mu, że się nudzę, że tak dłużej nie wytrzymam.
Że jeśli tak ma wyglądać nasze życie po urodzeniu dziecka – ja, dziecko i moje odbicie w lustrze – to wracam. I nikt mnie nie zatrzyma.
Powiedziałam prosto z mostu, że któregoś dnia wróci do domu… a mnie już nie będzie.
Wtedy się lekko wystraszył.
I nagle – pomysł!
A może by tak ściągnąć tu naszych znajomych z Polski?
Tych, którzy już wcześniej rozważali wyjazd z kraju. Żeby nie było mi tak samotnie. Żebym się czymś zajęła.
Żeby się mną zajął ktoś inny.
Ucieszyłam się, bo wtedy… nawet gdyby zaproponował kupno gadającej papugi, to bym się zgodziła. A przecież boję się ptaków jak ognia.
Ale pomysł z naszymi znajomymi brzmiał jak wybawienie. Kawałek Polski w zasięgu ręki. Ludzie, których lubiłam. Przy których nie musiałam niczego udawać, nie musiałam tłumaczyć, dlaczego czasem mam dość.
Tacy, z którymi można wypić herbatę, ponarzekać na pogodę i pośmiać się z głupot. Tacy, przy których człowiek czuje się po prostu… człowiekiem.
Nie miałam złudzeń, że ich obecność zmieni mojego partnera. Ale wierzyłam, że może choć trochę odetchnę. Że będzie komu spojrzeć w oczy, gdy znów poczuję się przezroczysta.
Tylko wtedy jeszcze nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo się mylę.
Jak ta nadzieja, że będzie weselej, lżej, że coś się zmieni – zamieni się w codzienność pełną spięć, niepotrzebnych uwag i awantur o rzeczy, które normalni ludzie puszczają mimo uszu. Nie przewidziałam jednego: że to właśnie on stanie się problemem.
Po ich przyjeździe przez chwilę naprawdę poczułam, że wraca mi chęć do życia. Mimo że było ciasno, bo ten dom nie był przystosowany do takiej liczby osób, wiedziałam, że to tylko przejściowe. Znajdą pracę, potem mieszkanie i się wyprowadzą. A ja – w końcu będę mieć tu kogoś bliskiego. Kogoś, do kogo mogę pójść pogadać, wypić kawę, posiedzieć, gdy samotność znowu zacznie pukać w okno.
Myślałam: góra trzy miesiące, no może pół roku – potem i tak się wyniosą, bo po narodzinach dziecka nie będzie już warunków, żeby mieszkać razem.
Ale ta wyprowadzka przyszła szybciej, niż się spodziewałam.
Nie planowali tego. Oni po prostu… uciekli. Co prawda tylko dwa domy dalej, ale jednak uciekli.
Bo mieli dosyć. Mieli dosyć tego, jak traktował ich mój partner. Jak czepiał się o wszystko, jak robił awantury, jak zatruwał powietrze, którym mieliśmy wspólnie oddychać.
Dzieliliśmy opłaty, sprzątaliśmy razem, czasem gotowaliśmy wspólnie, czasem osobno. Ustalaliśmy listy zakupów, żeby nie dublować produktów.
I właśnie wtedy dowiedziałam się, jak wielkie znaczenie może mieć… kostka masła.
Serio – MASŁO. Ten niepozorny produkt okazał się iskrą zapalną, która mogła rozniecić awanturę tak głośną, że pół ulicy wyglądało przez okna, żeby zobaczyć, co się dzieje.
Bo przecież musiało być tak, jak on chciał. Jego marka, jego wybór, jego wizja kuchni.
Bo to jego dom.
(Czyżby? Przecież też był tylko wynajmującym…)
Zaczął im wyznaczać godziny snu. A raczej… pobudki. Bo jak on wstawał – wszyscy mieli być już na baczność.
Nagle zrobił się panem grafiku.
Zaczął kontrolować ich wyjścia, dopytywać, gdzie idą, o której wrócą. Zasłaniał się mną – że przecież jestem w ciąży, potrzebuję ciszy, że nie można mnie budzić późno w nocy.
Tyle że mnie wcale nie przeszkadzały ich powroty.
Mnie stresowało jego zachowanie.
Jego kontrola.
Jego krzyki.
Było mi ich żal.
Było mi przykro i… po ludzku głupio.
Bo naprawdę zaczęli się źle czuć w naszym otoczeniu.
Czułam, że zamiast dać im oddech i start w nowym kraju, wpakowałam ich w atmosferę, od której sami chcieli uciec.
I choć nie mówili tego wprost – widziałam to w ich oczach.
Coraz częściej wychodzili, coraz rzadziej się odzywali.
Zaczęli milknąć – dokładnie tak samo, jak ja wcześniej – aż wreszcie uciekli.
Zrozumiałam wtedy, że związałam się z despotą.
Z kimś, kto coraz częściej zaglądał do butelki, a coraz rzadziej patrzył mi w oczy.
To jedno „piwko po pracy” przerodziło się w cztery. A w weekend – czasem i coś mocniejszego.
Zaczynał się zachowywać jak władca absolutny, którego zdanie było jedynym obowiązującym prawem.
Powoli odbierał mi prawo do własnych decyzji.
Wpajał, że nie mam nic do powiedzenia – jako człowiek, a już na pewno jako kobieta.
Coraz częściej słyszałam, że jestem „nudna”, „chłodna”, „nie do życia”.
A ja byłam po prostu w ciąży.
Wrażliwa, obolała, zmęczona.
Nie mogłam spełniać jego oczekiwań – tych, których nawet nie potrafił nazwać inaczej niż fochami.
Ale dla niego to nie była fizjologia, hormony czy potrzeba spokoju.
Dla niego to był atak na jego męskość.
✨ Despotyczne osoby potrafią oczarować.
Na początku jawią się jako silni, charyzmatyczni partnerzy – tacy, którzy wiedzą, czego chcą i jak po to sięgnąć. Dla wielu z nas to może być atrakcyjne. Zwłaszcza jeśli jesteśmy w momencie życia, w którym potrzebujemy kogoś, kto „przejmie ster”.
Ale życie z despotą to nie jest wspólna podróż. To dryfowanie według jego mapy – z wyłączonym Twoim kompasem.
Bo on nie liczy się z Twoimi potrzebami. On je zagłusza, ignoruje albo… obraca przeciwko Tobie.
Z czasem taki związek nie daje siły – on ją odbiera.
Zamiast poczucia bezpieczeństwa pojawia się lęk, zamiast partnerstwa – kontrola, a zamiast miłości… gra o przetrwanie.
W tamtym czasie nie miałam w sobie dość siły, by się z tego wyrwać.
Ale dziś już wiem, że nie chodzi o to, by być silną od razu.
Chodzi o to, by zacząć widzieć, co naprawdę się dzieje. A to pierwszy krok, który zmienia wszystko.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.