
Na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że temat zamknięty. Przeżyte, przerobione, pozamiatane. Mosty spalone, zdjęcia usunięte, a wspomnienia… no cóż, one miały grzecznie zniknąć razem z tymi zdjęciami.
Tylko że życie to nie folder „Kosz” na pulpicie, a emocji nie da się tak po prostu „opróżnić”.
Im dalej brnę w tę historię, tym bardziej widzę, że niektóre rzeczy nie zostały zakończone, tylko zawieszone gdzieś między moim żołądkiem a gardłem. I wiecie, przez lata myślałam, że to stres. Albo kawa na czczo. A to był on – ten związek, który siedzi cicho, ale nie odpuszcza.
Nie przychodzi z krzykiem, nie wali w drzwi. On puka z cicha do mojej głowy, kiedy próbuję zasnąć. Albo siada obok, kiedy próbuję coś napisać.
A najgorsze? Że jak zaczynasz zbyt długo analizować swoją przeszłość, to zaczyna ci się wydawać, że byłaś głupia. Naiwna. Ślepa.
Ale ja już się nie obwiniam. Bo teraz wiem, że to nie ja byłam ślepa – tylko bardzo dobrze prowadzona.
Ten wyjazd, który miał być „naszym wspólnym planem”, był tak naprawdę jego autorskim scenariuszem. A ja? Ja miałam tylko odegrać główną rolę. Z tym że nie wiedziałam, że jestem też statystką, scenografią i rekwizytem.
Nie powiedział mi „masz jechać”. Nie musiał. On to pięknie „zaproponował”. Zasugerował, jakby od niechcenia. I rzucił klasykiem:
„Ale oczywiście to twoja decyzja, kochanie”.
Aha. Jak w „Milionerach” – cztery odpowiedzi, trzy to pułapki, jedna prowadzi do jego wersji rzeczywistości.
Nie miałam godziny policyjnej. Nikt mnie nie zamykał. Nie darł się, nie trzaskał drzwiami, nie robił dram. Wręcz przeciwnie – był oazą spokoju, chodzącym „nie martw się, ogarniemy to razem”. No więc się nie martwiłam. Przynajmniej nie od razu.
I to było najgorsze. Bo nie było się czego czepić. Wszystko wyglądało dobrze. Tylko jakoś dziwnie niewygodnie się w tym wszystkim oddychało.
Z biegiem czasu zrozumiałam jedno: on nie musiał niczego zakazywać. Nie musiał mnie pilnować. Wystarczyło, że zadbał, żebym… nie miała dokąd uciec.
Nowy kraj, brak przyjaciół, brak planu B, brak zapasowego klucza do siebie. Ale za to on. Zawsze blisko. Zawsze obecny. Zawsze dostępny.
Jak Wi-Fi w centrum handlowym — jak się raz podłączysz, to już jesteś jego.
Klatka zrobiła się sama. Bez krzyku. Bez przemocy. Bez zamków.
Bo nie potrzebujesz kajdanek, kiedy ktoś trzyma hasło do twojej tożsamości i upewnia się, że go nie zmienisz.
I tak siedziałam w tej złotej klatce z widokiem na okna otwierane na zewnątrz, udając że to „czas przejściowy”. Że zarobimy, wrócimy i wszystko będzie jak kiedyś.
Spoiler: nie wróciliśmy.
Spoiler drugi: nic nie było jak kiedyś.
Dziś już wiem, że to była tylko maska. Strategia. Miód na uszy i herbatka z cytryną na duszę, ale podana tylko po to, żebym przypadkiem nie wsiadła w samolot powrotny do Polski. Bo przecież kto normalny zostawia „tak idealnego faceta”?
A ja? Ja też grałam w tę grę. Tylko z czasem orientujesz się, że grasz nie w planszówkę, tylko w grę o siebie. I że już dawno przestało cię w niej być.
Żyliśmy sobie tak przez kilka kolejnych miesięcy – tylko we dwoje. Praca, dom, praca, dom… Czasem jakiś lokalny festyn w parku, żeby się przewietrzyć i złapać promyk angielskiego słońca (czyli taki, co pojawia się na 7 minut, a potem znowu leje jak z cebra).
I powiem Wam jedno – pierwszy raz poczułam się jak statystka w filmie Bollywood. Serio.
Kolorowe stroje, zapachy, muzyka, gwar w językach, których nie rozumiałam – i ta niesamowita mieszanka kultur, w której dominowała społeczność pakistańska.
Nie żeby mi to przeszkadzało – po prostu mój mózg, wychowany na rosole i disco polo, przeżył wtedy kulturowy szok. Czułam się, jakbym teleportowała się do innego świata. Takiego z cekinami i intensywnymi przyprawami.
To były nasze „atrakcje”. W cudzysłowie. Bo choć działo się dużo – to jednak wewnątrz czułam, że nic się nie dzieje. Że stoję w miejscu, jakby ktoś mnie zatrzymał w kadrze.
On nadal był wniebowzięty. Ja – raczej wciśnięta głęboko w glebę.
Rzadko dzwoniłam do Polski, bo wtedy każde „halo, mamo” kosztowało tyle, co porządna kolacja na wynos (a wiadomo, człowiek musiał coś jeść, choćby frytki z octem).
Więc zostawały tylko krótkie smsy – takie trochę jak plaster na złamaną nogę. Ani to nie koiło tęsknoty, ani nie przywracało poczucia bliskości.
Czułam, że się oddalam. Nie tylko od miejsc i ludzi. Od wszystkiego, co było „moje”.
Jakby ktoś wyjął mnie z tamtego życia i włożył do nowego – tylko nie sprawdził, czy w ogóle pasuję.
I choć nic nie mówiłam, to miałam wrażenie, że tam – po drugiej stronie – czas płynie inaczej. Oni żyją dalej. Śmieją się, planują, kłócą się, spotykają…
A ja byłam tylko duchem pojawiającym się od czasu do czasu na ekranie telefonu.
I wiecie, co było w tym najdziwniejsze?
Że niektórzy naprawdę myśleli, że mam lepiej. Bo przecież Anglia, bo przecież miłość, bo przecież nowy start.
Tylko że ja nie zaczęłam nowego życia. Ja po prostu zostawiłam stare i utknęłam w poczekalni między „było” a „miało być”.
Gdy już tak sobie mnie poukładał od nowa, na swoich warunkach (bo widział, że to nie mój świat, nie moje zabawki – że niby żyję, ale jakby obok… że powoli wycieka ze mnie cały mój charakter, pasja, energia do życia), to pomału zaczął wdrażać swój plan. Plan, w którym on był królem, a ja jego podwładną. Bez korony, bez głosu, za to z obowiązkami.
I może ktoś teraz zapyta:
„No dobra, skoro ci było tak źle, to po co tam siedziałaś? Z tym gościem, który ci prał mózg?”
To ja odpowiem – jak zawsze szczerze.
Po pierwsze: w Polsce nie miałam pracy. Po drugie: moje mieszkanie – jedyne bezpieczne gniazdo, jakie miałam – wynajęłam na trzy lata, żeby nie stało puste.
Czyli wracać… trochę nie było dokąd.
A po trzecie (i chyba najważniejsze): ja naprawdę byłam zakochana.
Dziwne? Może. Ale jeśli słyszeliście kiedyś o syndromie sztokholmskim, to wiecie, że nie trzeba być zamkniętym w piwnicy z kłódką na drzwiach. Czasem wystarczy być zamkniętym w scenariuszu, którego nawet się nie pisało – i kochać tego, kto podsunął ci długopis.
Po jakimś czasie zaczęłam zauważać, że coś się zmienia.
Z miłego, kochanego misia mój wybranek zaczął przeobrażać się w… detektywa Rutkowskiego.
Tylko bez tej wysokiej grzywki i telewizyjnej charyzmy.
Gdy tylko mógł, przychodził po mnie do pracy. Niby z troski. Niby żeby było mi raźniej.
Ale ja już wiedziałam, że coś go uwiera.
Bo zobaczył, że moje relacje z koleżankami z pracy zaczynają się zacieśniać.
A to oznaczało dla niego jedno: zagrożenie.
Bo wiecie…
Gdy nie masz nikogo obok, nikt ci nie uświadomi, że twój związek jest – mówiąc delikatnie – do bani.
Nikt ci nie powie, że tak nie postępuje osoba, która kocha.
Nikt nie nazwie tego po imieniu, bo nie ma kto.
I właśnie o to chodziło w tym jego „wielkim planie”.
Zabrać mnie jak najdalej od ludzi, którzy mogli powiedzieć mi prawdę.
Zadbać, żebym chodziła jak koń z klapkami na oczach i myślała, że złapałam Boga za nogi…
A to była tylko jego noga. I to w kapciu.
Tyle że plan zaczął się sypać.
Bo ja – wbrew oczekiwaniom – nie uschłam w samotności.
Znalazłam nowe osoby.
I nawet jeśli to były tylko koleżanki z pracy, dla niego to było już dużo za dużo.
Dlatego zaczął mnie odbierać z pracy. Zawsze punktualnie.
Zawsze z tym samym uśmiechem, który miał mówić: „Patrzcie, jak bardzo o nią dbam”.
Ale ja już zaczynałam czuć, że to nie troska.
To kontrola.
On pracował na noce, ja na dniówki – więc układ był idealny.
Zupełnie jakby od początku tak to zaplanował.
Więcej podobnych sytuacji opowiem Wam następnym razem, bo serio – materiału starczyłoby na cały sezon serialu psychologiczno-obyczajowego z wątkiem kryminalnym i odcinkiem specjalnym pt. „Dlaczego ona jeszcze z nim jest?!”.
Ale dziś zostawię Was z jedną myślą.
Jeśli ktoś tak bardzo stara się „dbać o Ciebie”, że zaczynasz się czuć, jakbyś była na smyczy – to może to wcale nie jest troska.
Może to tylko strach.
Przed tym, że zaczniesz widzieć.
Myśleć.
I że któregoś dnia przestaniesz wracać do domu z pracy z tym samym uśmiechem.
Czasem największa chęć wolności przychodzi wtedy, gdy ktoś za bardzo chce ci ją odebrać.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.