
Wiedziałam, że to już. Że za chwilę wyjeżdżam. Walizki dopięte, emocje w miarę pod kontrolą, bilet w kieszeni. I wtedy coś mnie tknęło.
Zadzwoń do Grażynki.
Nie było już czasu, żeby ją odwiedzić. Wszystko działo się w biegu — ostatnie, nerwowe sprawy, pytania typu „czy aby na pewno wszystko mam?”. Ale ten impuls był silniejszy. Musiałam zadzwonić. Choćby na chwilę. Usłyszeć jej głos. Zapytać o to jedno, najważniejsze: czy ta miłość ma sens?
Tym bardziej, że Grażynka niedawno wróciła do kart. Po przerwie. Po chorobie.
A moja przyjaciółka mówiła, że jest w świetnej formie.
Może dlatego poczułam, że to odpowiedni moment, żeby się z nią pożegnać.
Odebrała prawie natychmiast. I ogromnie ucieszył ją mój telefon. Usłyszałam to w jej głosie — ciepłym, znajomym, prawdziwym.
A mnie… mnie ścisnęło w środku.
Poczułam się winna, że na chwilę o niej zapomniałam. Że ten cały emocjonalny bałagan związany z moim życiem, z tą miłością, z wszystkim naraz — przysłonił mi kogoś, kto od dłuższego czasu był dla mnie jak duchowy kompas.
Wymieniłyśmy kilka grzeczności, jak to kobiety, co mają sobie więcej do powiedzenia niż tylko słowo „cześć”.
A potem zapytałam:
— Czy możesz mi jeszcze postawić karty? Tak na odległość… myślisz, że to w ogóle zadziała?
Zaśmiała się lekko i odpowiedziała, że oczywiście, że zadziała.
Wszystko przecież jest energią.
Nie musimy się widzieć, żeby się „połączyć”.
— Znam cię. Czuję. A karty zrobią resztę. Ważna jest intencja i skupienie. Energia nie zna barier geograficznych.
Powiedziałam:
— Bo wiesz… wyjeżdżam.
I wtedy, tym swoim łagodnym, aksamitnym głosem odpowiedziała:
— Oczywiście, że wiem. Wiem to od dawna. Widziałam to w kartach.
Nie byłam zaskoczona. Raczej poczułam, że wszystko się właśnie potwierdza. Jakby los tylko czekał, aż usłyszę to jeszcze raz — na głos, od niej.
Zebrałam się na pytanie, trochę dziecinne, trochę spóźnione — bo przecież za kilka godzin miałam samolot:
— Mam lecieć?
Zamilkła na chwilę. A potem powiedziała spokojnie:
— Nie odpowiem ci na to pytanie. To jest twoja decyzja.
Poczułam, jak narasta we mnie zniecierpliwienie.
— Ale co sugerują karty? — spytałam trochę zirytowana, że nie dostałam jasnej odpowiedzi. Że znowu muszę sama zdecydować.
Chociaż przecież wiedziałam, że karty nie działają jak magiczny guzik z napisem „TAK” albo „NIE”. One tylko pokazują kierunek. A wybór… zawsze należy do nas.
Zrobiła pauzę. A ja w słuchawce usłyszałam znajomy dźwięk — tasowanie kart, jedna po drugiej.
Ten szelest… drażnił mnie bardziej, niż powinien.
Jakby to właśnie od tej odpowiedzi miało zależeć, czy za chwilę chwycę walizkę i wyjdę, czy może jednak ją otworzę i wyciągnę z powrotem wszystko na podłogę.
W głębi duszy wiedziałam, że i tak polecę. Decyzja już zapadła, serce dawno wysłało mnie w drogę.
A jednak… czekałam.
Nie wiem na co.
Może żeby usłyszeć, że to dobra decyzja. Może żeby ktoś inny powiedział mi, że dam radę. A może po prostu — żeby nie iść w nieznane całkiem sama.
Po chwili się odezwała.
— Spytałam kart o dwie ścieżki: co będzie, jeśli polecisz, a co, jeśli zostaniesz…
Zawiesiła głos, jakby naprawdę czekała na moją decyzję.
— Którą pierwszą chcesz usłyszeć?
— Jak polecę — odpowiedziałam bez namysłu.
Zamilkła na sekundę. A potem padło to zdanie, które miało zostać ze mną na długo:
— Ten związek… to nie będzie bajka.
— Karty pokazują trudny czas. Sporo niedomówień, mijających się potrzeb, rozmów, które nie będą wypowiedziane do końca. Widzę rozczarowanie, emocjonalne przeciążenie, serce zbyt ciężkie od niespełnionych oczekiwań. Ból, łzy, próby ratowania czegoś, co się wymyka.
Związek nie będzie jedynym wyzwaniem. Karty wskazują też na napięcia związane z nowym miejscem.
Adaptacja, tęsknota, odczucie obcości — to wszystko się zaznacza. Ale mimo to… główny ciężar widzę właśnie w relacji.
Nie chodzi tylko o „trudny początek”. To coś głębszego.
Energia, która bardziej ciągnie w dół niż unosi.
Coś, co trzeba będzie przeżyć, żeby coś w tobie się obudziło.
Zrobiła pauzę. A potem dodała już ciszej:
— Ale pamiętaj… każda trudność coś odsłania.
Widzę w kartach, że to doświadczenie — choć bolesne — zaprowadzi cię do siły, której w sobie jeszcze nie znasz.
To nie będzie droga, którą zaplanowałaś. Ale może właśnie ta, której najbardziej potrzebujesz.
I mimo wszystko… jesteś prowadzona.
Po tych słowach spojrzałam nerwowo na zegarek, jakbym naprawdę chciała sprawdzić, czy mam jeszcze czas — na zastanowienie, na zmianę decyzji, na poukładanie tego wszystkiego w głowie.
W gardle miałam gulę.
Chyba nie spodziewałam się aż takiego obrotu spraw. Takich słów na przyszłość.
Otarłam łzę, która gdzieś bezwiednie spłynęła mi po policzku. Nawet nie wiem, kiedy.
I wtedy, cicho, prawie szeptem, zapytałam:
— A co, jeśli zostanę?
Z drugiej strony słuchawki znów zapadła cisza.
Usłyszałam znajome tasowanie.
Ten sam szelest, ale już z inną energią.
— Jeśli zostaniesz… — zaczęła spokojnie. — Karty pokazują inną ścieżkę, ale też niełatwą.
— Problemy z pracą. Przestoje. Brak płynności. Uczucie, jakbyś co chwilę miała startować od zera. Widzę też samotność. Taką, która gryzie od środka — bo on tam, a ty tu. I to się z czasem rozsunie jeszcze bardziej.
Związek nie wytrzyma próby odległości.
Nie od razu, ale stopniowo.
Pojawi się chłód, niedopowiedzenia, aż w końcu — złamane serce.
Twoje.
Ale to nie wszystko — tu są jeszcze inne energie. Lęk o jutro. Rozczarowanie ludźmi wokół. Zmęczenie. Takie, które nie przechodzi po weekendzie.
I choć brzmi to brutalnie — powiedziała to z łagodnością — ta droga, choć bezpieczniejsza z zewnątrz, będzie w środku bardziej… pusta. Tak pokazują karty. Brak ruchu, stagnacja, zablokowany rozwój. Jakby Wszechświat próbował ci pokazać: tu już wszystko przeżyłaś.
Zamilkła. A ja wiedziałam, co miała na myśli.
I tak źle, i tak niedobrze.
Przez chwilę siedziałam w ciszy, gapiąc się w jeden punkt, jakbym tam miała znaleźć jakąkolwiek podpowiedź. Nie znalazłam.
Za to mózg odpalił tryb „przeskanuj wszystko jeszcze raz w 5 sekund i podejmij życiową decyzję tu i teraz”.
I wtedy pomyślałam: No pięknie. Albo polecę w emocjonalną katastrofę, albo zostanę w finansowym Armagedonie.
Miłość z bonusem rozczarowania, albo samotność z dołączonym brakiem kasy.
Wspaniale. Wszechświecie, dziękuję ci za te opcje. Naprawdę — pełen wachlarz.
Zabrakło mi tylko trzeciej karty: ucieczka do lasu i zamieszkanie z dzikami. Brzmi jak jedyna opcja bez dramatu.
Ale że bilet już miałam, a dzików w okolicy brak, to wiadomo… którą stronę wybrałam.
Chociaż serce dalej wahało się jak tania wskazówka od kompasu z bazaru.
Zanim się pożegnałyśmy, powiedziała jeszcze coś. Cicho, spokojnie, jakby już mówiła to do mojego serca, nie do słuchawki:
— I pamiętaj… nie pytaj nikogo, czy możesz rozłożyć skrzydła. Jeśli je masz, to znaczy, że jesteś gotowa.
A Wszechświat? On nie ma bramy ani strażnika. Jest wszystkich. I czeka też na ciebie.
Zrobiła krótką pauzę, a potem dodała:
— Będzie bolało. Ale kiedy przejdziesz przez ból, zobaczysz, że to nie koniec świata. To początek nowej wersji ciebie. I ona… ci się spodoba.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.