„Szykowałam się na wyjazd, ale wtedy wpadła babcia… taka nie do końca żywa.”


Po tych trzech dniach spędzonych z nim na obczyźnie, wróciłam do domu z decyzją: jadę. Nie na zawsze, tylko na dwa, może trzy lata. Tyle, żeby się trochę podnieść, stanąć na nogi, odetchnąć finansowo. W głowie miałam plan — konkretny, rozsądny, prosty. Tak przynajmniej myślałam.

Tak na marginesie: minęło już czternaście lat od tego, że jadę ja chwilę. 😉

Byłam już prawie spakowana i przekonana, że ruszam po nowe życie, że nic mnie już nie zatrzyma. Miałam w sobie determinację, której nie da się opisać — jakby cały Wszechświat powiedział mi: „idź!”. I wtedy… coś się wydarzyło.

Wtedy wpadła babcia — taka nie do końca żywa.

Nie pukała. Nie dzwoniła. Po prostu nagle zrobiło się inaczej.

Przez całe życie miałam wrażenie, że czasem czuję „to coś”. Inną energię. Obecność, której nie widać, ale czuć ją każdą komórką ciała. Jak powietrze, które nagle zmienia ciężar, choć nic się przecież nie dzieje. Miałam to od zawsze.

Pamiętam do dziś — miałam może cztery, może pięć lat. Leżałam w łóżku z gorączką, a on stał w korytarzu. Mój dziadek. Patrzył na mnie spokojnie, z troską. Problem w tym, że… już wtedy nie żył.

Widziałam go tak wyraźnie, jakbym patrzyła przez szybę. Nie bałam się. Nie krzyczałam. Po prostu powiedziałam o tym dorosłym. Ale oni wszystko zrzucili na gorączkę, wyobraźnię, dziecinne fantazje. A ja? Ja zapamiętałam to do dziś. Ten wzrok. Tę obecność. To uczucie, że nie jestem sama.

I teraz… teraz to czułam znowu.

Tylko tym razem to była babcia. Przyszła, bo wiedziała, że jestem na rozdrożu. Może chciała mnie pobłogosławić na drogę. A może stanąć mi na niej. Nie wiem. Ale przyszła. I znów byłam tą małą dziewczynką, która czuje coś, czego inni nie widzą, i nie wie, co z tym zrobić.

Tylko że na początku wcale nie wiedziałam, że to ona. Nie było żadnego „hej, to ja, babcia, przyszłam Ci coś powiedzieć”. Zaczęło się od dziwnych rzeczy. Takich, które można zrzucić na zmęczenie, stres, emocje… i ja dokładnie tak robiłam. Na początku.

Spakowałam walizkę. Usiadłam na podłodze obok niej, patrząc, czy wszystko mam: dokumenty, ładowarki, kosmetyczkę, ostatnią parę skarpetek, która zawsze gdzieś się gubi. I wtedy poczułam… ciepło. Delikatne, przesuwające się po plecach. Jakby ktoś mnie musnął. Jakby się o mnie otarł.

Pierwsza myśl? Pies. To na pewno on. Lubił się przytulać, czasem pakował się bez ostrzeżenia. Odwracam się — nikogo nie ma. Cisza. Pies śpi w drugim pokoju. A ja siedzę z ciarkami na karku i próbuję się nie dać własnej wyobraźni.

Inna sytuacja — siedzę i słyszę, że w kuchni leci woda. Odkręcony kran. Myślę: „No pięknie, coś się zepsuło”. Idę, wchodzę do kuchni, a woda właśnie się zamyka. Sama. Tak, jakby ktoś właśnie ją zakręcił.

A pies? W tym czasie chodził po domu jak opętany. Niespokojny. Piszczał bez powodu. Stawał przy drzwiach i patrzył w przestrzeń, jakby coś widział. Ja to sobie tłumaczyłam po swojemu — że czuje, że wyjeżdżam. Że go zostawiam, nawet jeśli w dobrych rękach. Że to jego emocje, jego smutek.

Dopiero po czasie zrozumiałam, że to wcale nie tylko on był taki niespokojny. To coś wisiało w powietrzu. To ktoś kręcił się wokół.

A potem… zaczęłam czuć ten zapach.

Znajomy. Z dzieciństwa. Tylko jej.

Zapach zielonego jabłuszka. Płynu do kąpieli, którego używała, i tego mydełka w kostce, które zawsze leżało na brzegu wanny. Ten zapach jej łazienki, który mnie jako dziecko po prostu zniewalał. Kojarzył mi się z bezpieczeństwem, z ciepłem, z niedzielnym wieczorem u babci, kiedy wszystko było dobrze. Teraz już takich nie robią — a szkoda.

To nie był żaden perfum z drogerii. To był jej zapach. Charakterystyczny, niepodrabialny. I nagle był tu. W moim pokoju. W środku mojego „nowego życia”, które właśnie próbowałam rozpocząć. Rozlał się w powietrzu jak wspomnienie, ale zbyt intensywny, żeby był tylko w głowie.

Nie panikowałam. Serio. Nie boję się zmarłych.

(Szczerze? Bardziej boję się żywych.)

Ale nie będę ściemniać — byłam lekko zaniepokojona. Coś we mnie drgnęło. Miałam ochotę sięgnąć po telefon, zadzwonić do kogoś i powiedzieć:
„Ej, powiedz mi, że nie jestem stuknięta, ale babcia chyba właśnie przyszła się ze mną pożegnać”.

Ale czy ktoś by mi uwierzył?

Pewnie niektórzy z was teraz też myślą, że mam bujną wyobraźnię albo że mi się śniło. Ale wierzcie mi — to się naprawdę wydarzyło. I jeśli choć raz w życiu czuliście czyjąś obecność, mimo że ta osoba już dawno odeszła, to wiecie, o czym mówię.

Pewnego wieczoru, kiedy zapach jabłuszka wciąż jeszcze wisiał w powietrzu, podjęłam decyzję:
przed wyjazdem pojadę na cmentarz.

Tak po prostu. Pogadać z babcią. Pożegnać się. Uspokoić jej duszę. I swoją.

Nie dlatego, że się bałam. Jak już wspominałam wcześniej — zmarłych się nie boję, bardziej przerażają mnie niektórzy żywi. Ale czułam, że muszę to zrobić. Że jej obecność nie była przypadkowa. I że skoro przyszła, to zasługuje na odpowiedź.

Chciałam jej powiedzieć, że wiem, co robię. Że nie idę w ciemno, choć wiadomo — życie i tak lubi wywrócić wszystko do góry nogami. Chciałam podziękować, że czuwa. Że przyszła. Że nie przeszła obojętnie obok tej mojej wielkiej życiowej decyzji.

I tak po cichu, po swojemu, poprosiłam ją, żeby więcej mnie nie odwiedzała… chyba że będzie wiedziała, że coś złego nadchodzi. Wtedy niech wpada. Nawet bez pukania. Ja już będę wiedzieć, że to ona.

Okej, nie musicie w to wierzyć. Serio.

Ja wierzę.

Bo kiedyś przeczytałam, że zmarli często komunikują się z nami właśnie przez zapachy. I to ma sens — węch jest mocno powiązany z pamięcią i emocjami. Wystarczy jeden wdech, jeden zapach i już jesteś z powrotem tam — w dzieciństwie, przy kuchennym stole, w pokoju pełnym śmiechu albo… łez.

Zapach przyciąga uwagę szybciej niż słowo. Bo jest czuciem. I to czucie często przywołuje konkretną osobę: ciasto z cynamonem — babcia, dym papierosowy — wujek, charakterystyczna woda kolońska — ktoś, kto już dawno odszedł, ale wciąż siedzi gdzieś w naszym sercu.

Te zapachy pojawiają się nagle. I zwykle znikają tak samo szybko. Ale wystarczy chwila i już wiesz, że to było „to”.
Nie ignoruj tego.

Zatrzymaj się. Połącz się z tą osobą.
Zapytaj, co chce Ci przekazać.
I nawet jeśli nie usłyszysz odpowiedzi — podziękuj.
Tylko tyle. Aż tyle.

Bo w tym wszystkim chodzi o wymianę energii. O pamięć. O to, żeby ktoś, kto odszedł, wiedział, że jego obecność nadal coś dla nas znaczy.

Teraz już wiem, że wszystkie znaki — na niebie i nie tylko — próbowały mnie zatrzymać. Babcia, zapachy, pies, kran, ciche szepty rzeczywistości… wszystko szeptało: „zaczekaj jeszcze chwilę”.

Ale kiedy już miałam ruszać, kiedy walizka stała przy drzwiach, a w środku słyszałam to dobrze znane „teraz albo nigdy” — Wszechświat jeszcze nie skończył swoich sztuczek.

Bo wtedy przyszła ona.

Moja przyjaciółka. Nie tak po prostu na kawę, nie z plotkami z pracy. Przyszła z czymś więcej. Wróciła właśnie od Grażynki.
I między jednym zdaniem a drugim… powiedziała, że Grażynka o mnie pytała.

Zwykłe zdanie. Ale we mnie coś się poruszyło.

Przypomniała o sobie jak zawsze — niby przypadkiem, niby szeptem między zdaniami, a jednak… dokładnie wtedy, kiedy trzeba.

Więc powiedzcie mi, jak ja miałam tak po prostu wyjechać, nie zatrzymując się choć na chwilę i nie spojrzeć jeszcze raz w jej stronę?

Ale o tym… już w kolejnym rozdziale.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *