„Test ciążowy jak bilet w jedną stronę – czyli jak przywiązać kobietę bez sznurka”


Tak, to była wpadka.
I nie – nie dlatego, że nie wiedziałam, jak działają zabezpieczenia.
Nie dlatego, że miałam 16 lat i różowe okulary.
Tylko dlatego, że czasem życie robi ci psikusa mimo wszystkich Twoich planów, tabletek i rozsądku.

Bo przecież to nie tak, że chciałam mieć drugie dziecko. Wręcz przeciwnie – wiele razy mówiłam, że nie planuję. Ale chyba Wszechświat miał dla mnie inne zadanie.

Byłam dorosła. Świadoma. I – co najważniejsze – wtedy jeszcze wierzyłam, że wszystko się ułoży.
Że nie wracam do piekła, tylko tworzę coś nowego.

No cóż. Ułożyło się.
Tylko nie tak, jak myślałam.

Nie będę ukrywać – byłam wściekła.
I nie mogłam zrozumieć, jak to się stało.
Brałam przecież tabletki. Wszystko zgodnie z instrukcją, żadnych kombinacji, żadnych „zapomniałam, ale co tam”.
A mimo to – dwie kreski. A nawet sześć, bo zrobiłam trzy testy. (Dla pewności. Bo może pierwszy był wadliwy. Albo drugi się pomylił. Albo trzeci… no dobra, z trzeciego już nie dało się wykręcić).

Przez moment – i wcale się tego nie wstydzę – pomyślałam, że to wszystko przez Grażynkę.
Znowu coś rzuciła. Znowu się sprawdziło.
Rozwód? Trafiony.
Wyjazd? Zgadła.
Drugie dziecko? No przecież mówiła!

Zresztą, zanim w ogóle zdążyłam jakoś to przetrawić, już biegłam do lekarza – bo miałam jeszcze cień nadziei, że to jakaś pomyłka. Że może te testy były przeterminowane, podrobione, niewiarygodne.
Że wejdzie lekarz i powie: „Oj tam, proszę pani, to tylko efekt uboczny brytyjskiej pogody i stresu”.
Ale nie.
Wszedł. Spojrzał. I powiedział: „Congratulations”.

I wtedy dotarło.

Wróciłam do mieszkania, rzuciłam testem pod jego nogi i syknęłam przez zęby:
— Możesz kupować wózek.

Myślałam, że zareaguje jak ja – że będzie w szoku, może wkurzony. Że zaraz padnie wielki monolog o tym, że przecież przyjechaliśmy tu po lepszą przyszłość, że narodziny dziecka wszystko wywrócą do góry nogami.
Byłam przekonana, że będzie mnie obwiniał. Że znów nadejdą ciche dni, może tym razem na wieczność…

Ale nie.

Ku mojemu zdziwieniu porwał mnie w ramiona jak dmuchaną lalkę – bo byłam tak sztywna od emocji, że chyba rzeczywiście wyglądałam jak z plastiku.
A potem zaczął biegać po tym naszym małym mieszkaniu jak dzieciak, który właśnie wygrał dożywotni zapas hamburgerów Happy Meal.
Albo jakby się dowiedział, że nowy sezon jego ulubionego serialu będzie oparty na jego własnym życiu: „Zrobiłem dziecko, czyli jak zdobyć kobietę na zawsze – wersja premium”.

Był przeszczęśliwy. Autentycznie.
A ja?
A ja… stałam obok. Z boku tej radości, z boku tej przyszłości, która nie była częścią mojego planu.

Ale on miał plan.

Od razu. Już tego samego dnia.
Bo przecież łóżeczko się nie zmieści,
bo po schodach z wózkiem będzie ciężko,
bo przy ruchliwej ulicy niebezpiecznie.

Już dzwonił do landlorda (czytaj: właściciela mieszkania), żeby zaczął nam szukać nowego lokum – większego, z ogrodem, najlepiej przy placu zabaw.
No, ojciec idealny.

Tylko że mnie nikt o zdanie nie pytał.

Nie było: „Kochanie, jak się z tym czujesz?”,
Nie było: „Czy to na pewno dobry moment?”,
Nie było: „Czego ty teraz potrzebujesz?”.

Było za to: działamy.

Jakbym była elementem w jego projekcie życia.
Jakbym po prostu dostała nową rolę – Mama, wersja 2.0 – i teraz musiała ją odegrać bez prób i bez scenariusza.

Na domiar złego – dla mnie – ciąża okazała się zagrożona.
A to oznaczało jedno: koniec pracy, więcej czasu w czterech ścianach, więcej kontroli.

Zostałam uwięziona w domu.
Dosłownie.

Idealny scenariusz dla niego, prawda?
Znowu tylko pod jego czujnym okiem,
znowu odcięta od ludzi,
znowu sam na sam z jego wersją świata, w której wszystko jest „dla mojego dobra”.

No, może jeszcze dla „dobra dziecka”.
Bo przecież teraz to już miał argument, którego nie da się podważyć.
Nie chciałam ryzykować – wiadomo. Ale w środku coś mnie dusiło.
Bo coraz bardziej czułam, że ta ciąża to nie tylko nowe życie,
ale też nowy łańcuch.

Zaczęłam być od niego finansowo zależna.
Nie powiem – na początku nie żałował na nic. Był hojny, szczęśliwy, jakby spełniał swoją ojcowsko-partnerską misję życia.
Ale przecież to nie miało tak wyglądać.

My mieliśmy odkładać, mieliśmy tu przyjechać na chwilę, zarobić, wrócić z planem na lepsze życie – może otworzyć coś swojego, może po prostu odetchnąć wreszcie pełną piersią.
A nie urządzać się jak na stałe.

Tymczasem coś w jego oczach zaczęło błyszczeć podejrzanie –
i to nie był blask przyszłości,
tylko iskierka zadowolenia, że wszystko idzie po jego myśli.

Mnie zaczęło to zalatywać nie planem na przyszłość,
a planem na uwięzienie – z ogródkiem, z kredensem i z brzuchem na froncie.

Wszechświat rzadko pyta o zgodę. Ale z czasem okazuje się, że wszystko miało swój cel. Może jeszcze go nie widzisz. Ale on już się tka – nitka po nitce, w tle Twojej historii. Nawet jeśli na początku wygląda to jak katastrofa w dwóch kreskach.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *