
Z pięknej, słonecznej Polski trafiłam do wietrznej, mokrej Anglii.
I od razu pomyślałam: to ma być ten mój nowy Raj?
Wracam.
Może pilot jeszcze nie zdążył wyjść na obiad.
Może, jak go złapię i grzeczne poproszę — spojrzy mi w oczy, wyczyta to rozczarowanie i… zabierze mnie z powrotem.
Ale nagle… spostrzegłam mojego księcia.
Wymachiwał ręką jak szalony.
Cholera. Już mnie zobaczył.
Nici z planu ucieczki.
Uśmiechnęłam się, jakby to wszystko było dokładnie tym, czego pragnęłam — czyli… totalną pomyłką.
Ale na razie niech myśli, że jestem zachwycona.
Tylko jak długo można udawać, kiedy chce ci się ryczeć?
Wszystko było takie obce. Nie moje. Dziwne.
I w dodatku… w innym języku.
Coś tam skubnęłam angielskiego w szkole, wiadomo — „My name is” i „This is a cat”.
Ale tutaj…?
Tu nikt nie mówił jak z podręcznika.
Każdy mówił, jakby miał w ustach gorącego ziemniaka i ścigał się na czas, kto wypowie więcej słów w sekundę.
Na szczęście oni bardzo dużo gestykulują.
I więcej rozumiałam z ruchu rąk niż z ust.
A czasem nawet… z ich śpiewu.
Zdziwieni? Ja też byłam.
Na przykład wtedy, gdy poszłam otworzyć konto w banku.
Pan w okienku usilnie próbował się dowiedzieć, kiedy się urodziłam, a ja za cholerę nie mogłam zrozumieć, o co mu chodzi.
Wszystkie te wyrazy zlewały mi się w jedną długą, językową plamę.
Jakby mówił jedno zdanie, bez przecinków, bez oddechu, bez litości.
Pomyślałam wtedy, że zaraz mnie stąd wyrzucą i nici z mojej nowej karty, na którą przecież miałam odkładać na świetlaną przyszłość.
Byłam przyzwyczajona do nerwowości i zniecierpliwienia Polaków, więc uznałam, że długo nie wytrzyma.
Ale nie.
Anglicy mają czas.
Na wszystko.
Za mną stało jeszcze sześć osób w kolejce — i też nigdzie się nie spieszyli.
Spokojni. Jakby czekali na autobus, który odjeżdża dopiero jutro.
Uprzejmy pan bankowiec się nie poddał.
Spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się… i zaczął śpiewać: „Happy Birthday to you…”
Przez chwilę myślałam, że to ukryta kamera.
Albo że wyglądałam na tak zestresowaną, że postanowił mi zrobić przyjemność.
A potem mnie olśniło — on po prostu próbował mi zaśpiewać pytanie o datę urodzenia.
W inny sposób. Taki… bardziej melodyjny.
Pierwsza praca…
Fabryka. Hałas. Zapach stęchlizny.
I ja — w tym wszystkim, jakby mnie ktoś gdzieś wywiózł bez pytania.
Czułam się, jakby cofnęli mnie w czasie i wysłali „na roboty”, jak to opowiadała mi kiedyś babcia.
Tylko zamiast Niemiec były angielskie pola i blaszane hale, a zamiast mundurów — odblaskowe kamizelki.
Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy płakać.
Ciało robiło, co trzeba, a dusza… siedziała gdzieś na walizce i marzyła o powrocie do domu.
Zakaz rozmowy w ojczystym języku.
Nawet po cichu. Nawet szeptem.
Jakby każde słowo po polsku mogło wywołać alarm przeciwpożarowy.
A nad wszystkim czuwał team leader (czytaj: kierownik) — chodzący jak gestapo.
Oczy dookoła głowy, słuch jak nietoperz po podwójnym espresso.
Bałam się nawet ziewnąć bez pozwolenia.
Mieszkanie?
Miałam większy pokój w Polsce niż to mieszkanie w całości.
Załatwiając potrzeby fizjologiczne, nogi trzymałam w brodziku od prysznica.
Na podłodze – wykładzina. W łazience. Tak, dobrze czytasz.
Dwa osobne krany: jeden na wrzątek z wulkanu, drugi na wodę z lodowca.
Okna otwierane na zewnątrz – jak to cholerstwo umyć bez ryzyka, że wypadniesz razem z szybą?
Gniazdka w łazience? Zapomnij.
Suszysz swoje afro w pokoju, najlepiej pod lustrem przymocowanym do… niczego. Wiszącym na ślinę i dobre chęci.
I tak wygląda mój pierwszy zderzak z angielską rzeczywistością.
A drugi?
Wyszykowałam się rano do pracy, dumna, że wszystko ogarnęłam, nie spóźnię się – nowa ja, nowy kraj, nowy start. Wyszłam z domu… i poszłam nie na ten przystanek.
Nie, żebym go nie widziała. Po prostu – jak to się mówi – stałam po polsku. Czyli po tej stronie ulicy, co zawsze. Wypatrywałam autobusu, który nigdy nie nadjechał, bo w Anglii, jak wiadomo, ruch jest lewostronny, a logika z Polską nie zawsze się klei.
I tak, zamiast zawodowego triumfu, był sprint przez ulicę, plątające się słuchawki, pot pod pachami i autobus, który – oczywiście – właśnie mi odjechał sprzed nosa.
Pierwszy dzień w pracy? Zaliczony. Na mokro, z zadyszką i z wrażeniem, że chyba pomyliłam nie tylko przystanek, ale i kontynent.
Tu wszystko, wszystko jest inne.
Nawet wiewiórki mają tu szare, a nie rude.
Za to rudych ludzi — od groma!
(I tu z góry przepraszam wszystkich rudych – nie mam nic do was, po prostu daję przykład, że tu jest odwrotnie. Tak… po angielsku.)
Ale mój wybranek serca był zachwycony.
— Pięknie tu, prawda? Czeka nas cudowny czas! — mówił, ściskając mnie mocno i patrząc z dumą na swoje królestwo.
A ja?
Ja w tym samym czasie, oczami wyobraźni, widziałam schody przeciwpożarowe, po których biegnę z walizką, wrzeszcząc:
Help! Niech mnie ktoś stąd zabierze! Mamo, gdzie jesteś…?!
Z tego miejsca chciałabym pozdrowić wszystkich na emigracji.
Zapewne wiecie, jakie początki potrafią być ciężkie.
Dla jednych mniej, dla drugich bardziej — moje zdecydowanie nie były różowe.
Ale wiecie co?
Z czasem wszystko zaczyna się układać.
Z każdym kolejnym dniem człowiek mniej się boi, więcej rozumie i… zaczyna widzieć sens nawet w tych najbardziej absurdalnych sytuacjach.
Bo emigracja uczy.
Pokory, cierpliwości, kombinowania i… siły, o którą sami byśmy się nie podejrzewali.
Więc jeśli właśnie siedzisz w swoim małym pokoiku, z herbatą w ręku i łzami w oczach — to wiedz, że nie jesteś sam.
Przeszłam to. Przechodziłam nie raz. I nadal tu jestem. I Ty też dasz radę.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.