„Gdy on leciał po nasze życie, ja dostałam wiatru w żagle.”


Gdy tak patrzyłam, na odlatujący samolot, pomyślałam, że za żadne pieniądze świata nie wsiadłabym do tej maszyny.
A po kilku miesiącach… wsiadłam. I jeszcze sama za to zapłaciłam!

I wiecie co?

Podobało mi się.

Jasne, do tej pory przy starcie mam twarz czerwoną jak burak i stewardesy biegną do mnie z wodą, jakbym miała zaraz dostać wylewu,
ale wtedy zamawiam sobie małą butelkę wina, przyklejam się do okna i…
wszystko wraca do normy.
Lot jest jak życie – trochę trzęsie, trochę buja, ale leci.

Mnie rozbujało po całości.
Pierwszą noc przepłakałam, bo poczułam jakąś pustkę – w końcu kochałam go bardzo.
Ale po kilku dniach… odzyskałam siebie.
Nie jego.
Siebie.

Odzyskałam też moich przyjaciół. Rodzinę. Ciepło od ludzi, które wcześniej mi umykało, bo cały czas słuchałam tylko jego głosu.

Nagle miałam dużo wolnego czasu, mimo pracy i obowiązków.
A przy nim… ten czas gdzieś ulatywał.
Jakby istniał tylko wtedy, kiedy on czegoś chciał.

Zaczęłam chodzić gdzie chciałam, robić co chciałam – i zaczęło mi się to podobać.
Poczułam się jak nastolatka, której rodzice dali więcej swobody i przedłużyli godzinę powrotu do domu.

Wszystko działo się na wielkim luzie – dyskoteki, wypady do pizzerii, do kina.
Łapałam te momenty mocno i łapczywie,
jakby za chwilę mieli mnie osadzić w więzieniu do końca życia.

Nikt mnie nie obserwował.
Nikt mnie nie oceniał.
Nikt mnie nie pouczał.

Śmiałam się całą sobą. Po prostu żyłam.

Ale…

To całe kontrolowanie, to trzymanie w ryzach – wcale nie skończyło się z jego wyjazdem.
On potrafił działać na odległość jak pilot do telewizora.

Dzwonił codziennie. Albo i trzy razy dziennie.
A to były jeszcze te czasy, kiedy smartfony dopiero raczkowały, internet w telefonie kosztował majątek, a rozmowa przez zwykłe połączenie była luksusem.

Ja nawet nie miałam jeszcze takiego „mądrego” telefonu.
Więc wszystko szło przez klasyczne połączenia – minutka za minutką, złotówka za złotówką.

Nie wiem, ile na to wydawał, ale czasem miałam wrażenie, że za te rozmowy mógłby już wykupić bilet w dwie strony.

Mówił, że to dlatego, że tęskni…
Cholera go wie – może i faktycznie tęsknił.
Ale ja czułam, że mnie po prostu sprawdza.

Pytał, gdzie jestem, co robię,
a kiedy powiedziałam, że jestem w Biedronce, to zapytał, czemu nie w Żabce – przecież tam jest bliżej.
Serio?

Dzwonił późno w nocy,
a kiedy ganiłam go za to, tłumaczył się różnicą czasu w naszym położeniu.
Różnicą czasu!
Która wynosiła, uwaga… jedną godzinę.

Opowiadał mi, jakie to cudowne życie jest na obczyźnie.
Jak już szuka lokum dla nas.
Jak nam będzie wspaniale i magicznie – po prostu bajka.

Opowiadał to wszystko tak pięknie, tak ubarwiając, że zaczęłam się czuć, jakbym nie mieszkała na ziemi, tylko na jakiejś innej planecie,
gdzie nie ma niczego poza czekaniem na jego głos.

Oczywiście – wyobraźnia mi szalała.
Zawsze miałam ją rozbudowaną do granic możliwości.

Ale w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać:
czy ja naprawdę tego chcę?

Po jakimś czasie zaczął wyczuwać, że ja…
jakby małymi kroczkami wycofuję się z naszego planu.
Z tej wspólnej wizji, którą tak pięknie malował.

Wiedział, że na odległość już nic nie wskóra.
Nie wpłynie na mnie przez telefon.
Więc co zrobił?

Przyleciał.

Nie poznawałam go.
I nie w tym dobrym sensie.

Ośmieszał się wśród naszych znajomych.
Był tam dopiero dwa miesiące,
ale już zdążył zostać samozwańczym poliglotą.

Nigdy wcześniej nie mówił po angielsku,
a teraz co drugie słowo to „fuck”,
i zamiast polskich zwrotów wplatał angielskie – oczywiście niepoprawnie.

Zachowywał się, jakby właśnie wrócił z emigracji po dwudziestu latach
i dorobił się domu z basenem.

Czułam zażenowanie.
Po prostu wstydziłam się za niego.

I może właśnie dlatego zaczęłam sobie przypominać wszystko to, co we mnie jeszcze tliło się jako „my”.
Jak było kiedyś. Jak potrafił być inny.

Przez te kilka dni starał się być lepszą wersją siebie.
Nosił mnie dosłownie na rękach.
Potrafił godzinami mówić, jak bardzo mnie kocha,
i że bez mnie nie ma dla niego życia – ani tu, ani tam.

Namawiał mnie do wyjazdu.
Mówił, że jak tylko postawię tam stopę, to wszystko się ułoży –
bo kraj mnie zachwyci, a on będzie obok z otwartymi ramionami i wizją wspólnej przyszłości.

W końcu ustaliliśmy, że przylecę do niego na kilka dni.
Zobaczę, jak wygląda to jego nowe życie.
I wtedy zdecydujemy, czy zapuszczamy tam korzenie,
czy jednak wracamy do naszego kraju – razem, bo przecież on poza mną świata nie widzi.

No… tak wtedy mówił.

I zobaczcie, jak to działa.
Jak takie osoby potrafią manipulować, zmieniać się na zawołanie, grać rolę idealnego partnera, gdy czują, że coś się im wymyka.

A my – zagubione duszyczki, spragnione uwagi, bliskości, zwykłego ciepła –
łykamy to wszystko jak świeże truskawki.
Soczyste, pachnące, prosto z targu…
tylko że niektóre mają robaki w środku.

A potem zostaje tylko kwaśny posmak i pytanie: jak to się znowu stało?

Wiem, że moje ostatnie opowieści trochę odbiegają od głównego tematu bloga.
Ale spokojnie – to wszystko się ze sobą łączy.
Nie bójcie się, że zmieniłam kierunek… nie.

To nadal ta sama droga.
Tylko, wiecie – zakręty, objazdy, chwilowe postoje na stacji „Co ja robię ze swoim życiem?” – to też część trasy.

Ja nie błądzę.
Ja po prostu pokazuję Wam moją drogę do tarota.
Trochę zawiłą, momentami wyboistą, ale prawdziwą.
Z emocjami, z wątpliwościami i… z sercem na dłoni.

I z jednym biletem – bez powrotu. 😊..


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *