„Halo, tu intuicja! Dlaczego mnie ignorujesz?” – czyli jak kochając, zapominamy o sobie.



Byłam jego terapeutką, matką, kucharką, a czasem i rzeczoznawcą od humorów – i jeszcze się z tego cieszyłam. Oto klasyka emocjonalnego odklejenia.

Niby mówią, że nic nie dzieje się bez powodu, że niektórzy ludzie są nam przeznaczeni. Ale przez długi czas zadawałam sobie pytanie: z jakiego dokładnie powodu on się pojawił w moim życiu?

Na początku nie analizowałam. Byłam zbyt zajęta byciem wdzięczną. Gotowa całować go po stopach tylko za to, że w ogóle mnie zechciał. Tak, wiem – jak to brzmi. Ale wtedy naprawdę czułam, że dostałam prezent od losu. I dostałam. Tyle że z czasem okazało się, że to prezent w postaci pudełka pełnego ciemności.

Ale nie, spokojnie – to nie jest temat na ten post.
To tylko taka emocjonalna czkawka. Musiałam to z siebie wypluć, żeby móc dalej pisać.

Taka autoterapia z waszą pomocą.
Dzięki, że to czytacie.

No więc… i w tym momencie pewnie moja polonistka z liceum złapałaby się za głowę. Bo przecież „nie zaczynamy zdania od no więc”. Ale wiecie co? To mój blog, moje zasady – i jeśli moje emocje chcą zacząć od „no więc”, to ja im na to pozwalam.

Tu się nie pisze pod ocenę. Tu się pisze z serca.

No więc – jak już ustaliliśmy, ja tu rządzę i zasady gramatyczne są na urlopie – lecimy dalej.

Zamieszkaliśmy razem. Spijaliśmy sobie z dziubków, jak dwa zakochane wróbelki na energetykach.
Przerwa na pracę była jak gehenna – przecież osiem godzin rozłąki to niemal średniowieczne tortury!
Ale prawdziwe emocjonalne tortury… miały dopiero nadejść.

Miewałam czasem dziwne wrażenie – takie, że intuicja daje mi małe znaki.
Że coś mi podpowiada przez skórę: „hej, za słodko, za idealnie, coś tu nie gra…”
Ale co robiłam ja?

Ignorowałam..
Zamiast słuchać tej swojej wewnętrznej czarodziejki – włączałam tryb: „Cicho, teraz jest bajka, nie psuj fabuły!”.

Ale w mojej bajce… pojawiła się zła królowa.
Czarownica.
I to nie jakaś tam bajkowa, tylko z krwi, kości i z bardzo konkretnym adresem zameldowania.

Wleciała do sklepu, w którym wtedy pracowałam – bez miotły, ale z takim spojrzeniem, że mi się kawa sama z ekspresu cofnęła.
I oznajmiła mi, – nie, to nie było spokojne wejście. Raczej z takim impetem, jakby przez drzwi wjechała petardą – że…
jest jego żoną.

Rozumiecie to? ŻONĄ.
A ja tam stałam jak kopciuszek w dresie, z kubkiem w ręce i otwartą buzią.

No tego to ja się, proszę państwa, nie spodziewałam.
Na coś takiego Grażynka mnie nie przygotowała.
Nie było w kartach pozycji: „uwaga, nadciąga legalna małżonka”.

Nie będę opisywać, jak wyglądała nasza wymiana zdań.
Ani co czułam po jej wyjściu.
Bo prawdę mówiąc… w tamtym momencie nie czułam nic.

Jakby ktoś wyciągnął wtyczkę.
Jakby całe moje wnętrze nagle zniknęło, a w jego miejsce wpełzła jakaś zimna, lepka nicość.
Nie złość. Nie rozpacz. Nie niedowierzanie. Po prostu… nic.

Nie wiem nawet, jak dotarłam do domu.
Nie pamiętam tramwaju, chodnika, drzwi.
Pamiętam tylko dźwięk domofonu i jego twarz.

Uradowany.
Z bukietem róż w ręce – jakby właśnie dostał awans życia.

Bo już wiedział.
Wiedział, że ona była.
Wiedział, że powiedziała.
I przyszedł… z kwiatami.

Jak to wszystko potoczyło się dalej – opowiem wam innym razem.

Teraz chcę się z wami czymś podzielić. Czymś, co przyszło dopiero po czasie – jak większość mądrości, które najpierw musimy przeżyć na własnej skórze, zanim przytakniemy: „Aha… teraz rozumiem”.

Bo widzicie – dziś wiem, że nikt nie pojawia się w naszym życiu przypadkiem.
Niektórzy są jak prezent z kokardką. Inni jak bomba z opóźnionym zapłonem.
Ale każdy – serio, każdy – zostawia po sobie coś ważnego.

Miłość? Nauczyła mnie, że serce potrafi być głośne, ale intuicja… też mówi.
Tylko ja wtedy ją uciszałam.
Ignorowałam sygnały, podpowiedzi, to znajome kłucie w brzuchu, które mówi: „Uważaj”.
Bo chciałam bajki. Chciałam happy endu.
A dostałam… lekcję życia.

Czy żałuję? Nie.
Bo to wszystko doprowadziło mnie do miejsca, w którym sięgnęłam po tarot
i zobaczyłam, że to nie są magiczne obrazki, tylko narzędzie do zrozumienia siebie.

Gdyby nie te doświadczenia – nie wiedziałabym, jak pocieszyć kogoś, kto właśnie się rozkleja.
Gdyby nie to wszystko – nie czułabym tak głęboko historii, które przychodzą z kartami.
Bo tarot to nie wiedza z książki. To wiedza z życia.

I jeszcze jedno.

Nie, wtedy nie byłam zła.
Byłam… rozczarowana. Ale wiecie co?

Rozczarowanie to też dar.
Kiedyś usłyszałam, że roz-czarowanie to uwolnienie od zaczarowania – czyli iluzji.
Zdejmujesz różowe okulary i patrzysz w lustro. Może nie jest to widok glamour, ale za to – wreszcie prawdziwy.

Więc dziś dziękuję tej „złej bajce”.
Bo pokazała mi, że prawdziwa magia zaczyna się wtedy, gdy przestajesz czekać na księcia… i zaczynasz być królową własnego życia.

Intuicja nie krzyczy. Ona szepcze. A szkoda – może gdyby waliła patelnią po głowie, szybciej bym zrozumiała.
Nie lekceważcie przeczucia tylko dlatego, że nie macie na nie dowodu.
Czasem to właśnie ono jest waszą największą mądrością.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *