
Nie miałyśmy kontaktu. Nie rozmawiałyśmy.
Raz tylko – może dwa miesiące po naszej ostatniej wizycie – zadzwoniłam, żeby zapytać, jak się czuje.
Nie chciałam być natrętna ani ciągle przypominać jej o chorobie swoimi pytaniami.
Wierzyłam, że i tak to czuje.
Że moja dusza jest gdzieś blisko niej.
I nawet jeśli nie pytam, to myślami jestem z nią.
Ale czas mijał.
Życie toczyło się dalej – trochę z rozpędu, trochę z przyzwyczajenia.
Grażynka nie wracała już do pracy, ja nie dzwoniłam więcej, ale wciąż pamiętałam nasze ostatnie spotkanie.
Wracały do mnie jej słowa… Ale wtedy, kiedy je wypowiadała – nie do końca je przyjęłam.
Byłam zbyt przejęta tym, co mi powiedziała o sobie.
O swoim zdrowiu.
O tym, że musi odłożyć wszystko, żeby zająć się sobą.
Nie skupiłam się wtedy na tym, co zobaczyła w kartach.
Choć mówiła, że ktoś się pojawi – że będzie nowy rozdział, nowe emocje, nowa energia.
Pokiwałam głową, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi.
Tamtego dnia liczyło się tylko jedno: ona.
A potem… zapomniałam.
Do czasu.
Bo kiedy „go” poznałam – wróżba wróciła.
Z pełną mocą.
Jakby Wszechświat nacisnął przycisk „przypomnij”.
Spotkałam go… no właśnie – nieprzypadkowo.
Choć wyglądało to zwyczajnie – kolega kolegi, niby nic wielkiego –
ale ja wiem, że to było zaplanowane gdzieś wyżej.
Nie szukałam, nie wypatrywałam, nie planowałam…
a jednak BUM.
Wielkie, kosmiczne BUM.
Przepadłam, zwariowałam.
Świat przestał istnieć – został tylko on i ja.
Najcudowniejszy, najprzystojniejszy, najmądrzejszy…
(Przysięgam, wtedy miał chyba nawet własne pole grawitacyjne, bo wszystko mnie do niego ciągnęło).
Jezu, jak ja to teraz piszę, to zaczynam się zastanawiać, czy byłam wtedy w pełni sprawna umysłowo.
Ale wiecie co? Dopiero teraz to widzę.
Bo kiedy zajrzałam głębiej w siebie, żeby Wam to opisać…
…zdałam sobie sprawę, że byłam na emocjonalnym haju bez kasku.
No ale wracając do tematu.
Było cudownie.
No wiecie, jak to jest na początku związku – te motyle, ćmy i trzmiele latające wokół nas.
Wszystko pachnie jak wiosna, nawet jak jest listopad.
On mówi „dzień dobry” – a ja już szukam sukni ślubnej na przecenach.
Ale… momentami przychodziła refleksja.
Bo Grażynka, choć widziała w kartach ten związek i tego mojego księcia z bajki,
to jednak delikatnie (czyt. bardzo taktownie) przestrzegała.
Mówiła, żebym miała na niego oko.
Że może być czarujący, ale niekoniecznie szczery.
Że uroczy uśmiech i błysk w oku to nie zawsze znak, że dusza też się świeci.
W skrócie:
„Nie wszystko złoto, co gada słodko.”
I że ten mój książę…
może się okazać nie księciem, a zwykłym chłopem w wypożyczonym płaszczu z bajki.
Albo co gorsza – królewskim błaznem z koroną z plastiku.
Kurczę… jak mnie wtedy korciło, żeby do niej zadzwonić.
Wybłagać o jeszcze jedno spotkanie.
O jeden rozkład.
O to jedno, malutkie upewnienie się, że on to jednak cud nad cudami, a nie przebieraniec z bajki.
Ale nie mogłam.
Musiałam uszanować stan zdrowia Grażynki.
Tęskniłam za nią.
Za jej głosem, który brzmiał jak mieszanka kadzidła i zdrowego rozsądku.
Za tym, jak potrafiła jednym zdaniem poukładać mi w głowie lepiej niż tydzień z jogą i czekoladą.
Ale wtedy… zaczęły wracać do mnie jej słowa.
I zaczęłam rozumieć coś ważnego.
(Chociaż, jak to u mnie bywa – trochę późno. Bo u mnie wszystko musi przejść przez fazę: „a może jednak?”).
Bo wiecie… jak zaczynasz zbyt często zaglądać w karty, to w końcu sam nie wiesz, co czujesz, dopóki tarot ci tego nie powie.
Człowiek nie wie, czy iść na randkę, czy zostać w domu w piżamie, bo karta Wisielec się patrzy i nic nie mówi.
A przecież nie o to chodzi.
Tarot to nie magiczny pilot do życia.
Nie astrologiczny GPS z opcją „prowadź mnie, bo nie wiem, co robię”.
To narzędzie, nie dyktator.
Pomaga – ale nie podejmuje decyzji za nas.
I choć wtedy bardzo chciałam się poradzić Grażynki…
to może właśnie dobrze, że nie mogłam.
Bo pierwszy raz od dawna musiałam zapytać siebie.
Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki… dotarło do mnie coś jeszcze.
On nie był ode mnie młodszy.
Pamiętacie, co Grażynka powiedziała na naszym pierwszym spotkaniu?
Wyjazd za granicę. Drugie dziecko. Młodszy mężczyzna.
No właśnie…
A on?
On był starszy.
Nie jakoś drastycznie, raptem cztery lata różnicy, ale jednak starszy.
To nie może być prawda.
Przecież ja czułam, aż po unerwienie we włoskach na rękach, że to miłość mojego życia.
Na pewno karty się pomyliły.
Może były zmęczone, może miały gorszy dzień.
Albo się jakoś zlagowały, jak telefon przy słabym zasięgu.
Tak – to na pewno nie tarot się pomylił, tylko Wszechświat miał chwilowe zakłócenia w przekazie.
Więc bez instrukcji z kart brnęłam dalej w ten związek – z klapkami na oczach, jak koń na jarmarku.
Nie słuchałam przestróg Grażynki. Ani potem rodziny. Ani znajomych.
Nawet intuicja… gdzieś się schowała. Może poszła na urlop. Może stwierdziła, że skoro i tak jej nie słucham, to nie ma sensu się odzywać.
Relacje mogą dodawać ci skrzydeł albo ciągnąć na dno. Ta niestety okazała się tą drugą. Tylko że ja wtedy tego nie widziałam.
Czasem wyobrażenia i marzenia rozjeżdżają się z rzeczywistością tak bardzo, że nawet sygnały ostrzegawcze stają się… tłem.
Ale ja wiedziałam swoje. Oni wszyscy się mylili.
A może po prostu nie chciałam wiedzieć?
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.