Poszłam zapytać o miłość, a wróciłam z ciszą.


Czas mijał, życie toczyło się swoim rytmem, a ja wciąż byłam sama.
Nie z wyboru, nie z przekonania… po prostu.
Ale samotność zaczęła robić się zbyt głośna.
Wieczory dłużyły się jak telenowela bez zakończenia,
a moje serce – choć z pozoru pogodne – coraz częściej szeptało:
„Czy jeszcze ktoś się pojawi?”

Więc pewnego dnia spakowałam swoje pytania, cichą nadzieję i odrobinę zmęczenia.
I poszłam znowu do Grażynki.

Nie wiedziałam wtedy, że to będzie nasze ostatnie spotkanie.
Nie przeczuwałam, że to pożegnanie.
Gdybym wiedziała… ach, życie.
Zawsze myślisz, że masz czas.
Że zdążysz jeszcze wrócić. Zadzwonić. Zapytać.
A potem zostajesz z pamięcią ostatniego spojrzenia
i niedopowiedzianym „do zobaczenia”.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam.
Wtedy po prostu usiadłam naprzeciwko niej – jak zwykle.
Trochę z nadzieją, trochę ze ściśniętym gardłem.
I z tym jednym pytaniem, które nie dawało mi spokoju:

– Czy jeszcze ktoś się pojawi?

Grażynka przez chwilę milczała.
Patrzyła na mnie uważnie, ale jakoś inaczej niż zwykle.
Nie było w niej tej iskry, którą pamiętałam.
Wyglądała na zmęczoną – jakby życie ją trochę przygniotło,
albo jakby nosiła w sobie coś, o czym nie chciała mówić.

Mimo to nadal była tą samą Grażynką – z pasją, z zaangażowaniem.
Kiedy sięgnęła po karty, jej oczy na moment znów nabrały blasku.
Zaczęła je rozkładać, zaglądać do nich z taką samą ciekawością jak zawsze,
zadawać pytania…
Ale coś mi nie pasowało.
Jakby ciało nie nadążało za duchem.
Jakby czuła się źle, choć nie chciała tego po sobie pokazać.

A potem zaczęła mówić.
I to, co powiedziała… zapamiętam na długo.

Mówiła o kartach, o możliwej relacji, która się pojawi, ale…
To nie to zostało ze mną na zawsze.
Nie ta wróżba.

Zostały słowa, które wypowiedziała chwilę później.
Już nie jako wróżka.
Jako kobieta.

– Mam raka.

Nie wiedziałam, co powiedzieć.
Nigdy nie wiem, jak się zachować w takich sytuacjach.

To mnie przerasta.
Czułam, że każde słowo będzie zbyt małe, zbyt zwyczajne.

Więc po prostu złapałam ją za rękę.
A ona… uśmiechnęła się lekko.

Jakby wiedziała.
Nie tylko z lekarskich wyników.
Jakby życie szeptało jej wcześniej – przez znaki, przez ciało… może nawet przez karty.

Bo choć tarot nie mówi „co się wydarzy”, to czasem pokazuje, że coś nadchodzi.
Że coś wymaga naszej uwagi.
I ona to czuła. Może już od dawna.

Ale ja jeszcze tego nie widziałam.
Przyszłam z pytaniem o miłość, a dostałam odpowiedź, na którą nie byłam gotowa.

– Nie chciałam być dla ciebie tylko wróżką.
Chciałam być również twoim przewodnikiem duchowym.
Czuje, że masz w sobie to powołanie… i że wiele mogłabym ci jeszcze przekazać.
Ale na razie… nie dam rady. Muszę zająć się leczeniem.

Zamarłam.
Słuchałam w ciszy, a łzy same napływały mi do oczu.

– Nie zapraszam już ludzi na sesje – dodała po chwili. – Ale dla ciebie zrobiłam wyjątek.
Bo jesteś wyjątkowa. Twoja obecność i energia mnie wzmacnia.
Dlatego dzisiaj tu jesteś.

Przez zaciśnięte gardło powiedziałam, żeby się nie martwiła.
Że na pewno wszystko będzie dobrze.
A ona… znów mnie zaskoczyła.

– Martwienie się to marnotrawstwo energii umysłu – powiedziała spokojnie. –
To tylko nakręcanie szkodliwych reakcji w ciele.
Więc nie, nie martwię się. Myślę pozytywnie.
Bo ludzie często sami, nieświadomie, wpędzają się w choroby.

– Przez całe życie się złoszczą – a potem atak serca.
Ciągle żyją w napięciu, rywalizują, gonią za czymś – a potem wylew.
To wszystko zatruwa ciało, krok po kroku.
A przecież można inaczej…

– Bo wiesz… myśli mają moc – dodała jeszcze cicho, jakby mówiła już bardziej do mojej duszy niż do uszu. –
To, co wysyłasz w świat, zawsze do ciebie wraca.
Negatywne myśli działają jak magnes – przyciągają więcej tego, czego się boisz, czego nie chcesz, co cię rani.
A potem mówimy: „Wiedziałam, że tak będzie”…
No pewnie, że wiedziałaś – bo o tym cały czas myślałaś.

– Zamiast więc budować w głowie czarne scenariusze –
lepiej zasiać w niej chociaż jedno dobre wyobrażenie.
Niech chociaż ono zapuści korzenie.

Na koniec spojrzała na mnie tak głęboko, jakby chciała zostawić we mnie coś więcej niż tylko wspomnienie.

– Idź za swoją intuicją – powiedziała cicho, ale pewnie. – Masz w sobie coś, czego nie da się nauczyć z książek. Masz dar. Zajmij się duchowością. Nie dla mody. Dla ludzi. Bo jesteś jedną z tych dusz, które przyszły tu, żeby przypominać innym, kim są naprawdę.

Uśmiechnęła się jeszcze raz, delikatnie.

A ja… poczułam, że to nie są tylko słowa.
To było przesłanie.
Dla mnie. Na teraz. Na później. Może nawet… na całe życie.

Do dziś idę za słowami Grażynki.
Starając się – w miarę możliwości – nie zamartwiać na zapas.
Ona naprawdę była mądrą kobietą.
I żałuję, że nie mogłam czerpać od niej więcej tych życiowych perełek.

Wiem, że ten post jest trochę smutniejszy niż zwykle.
Nie ma tu żartów, nie ma lekkości – ale sami rozumiecie… w takiej sytuacji inaczej się nie da.

Na pocieszenie powiem wam jedno: Grażynka wyzdrowiała.
Wygrała swoją walkę.
Tylko że… moje życie potoczyło się zupełnie innym torem.
I to sprawiło, że nasza relacja po prostu się rozmyła.
Nigdy więcej się już nie spotkałyśmy.

Bardzo tego żałuję.
Ale do dziś – w moim sercu – ma swoje specjalne miejsce. 💛

Więc jeśli dziś coś cię dręczy – weź głęboki oddech.
Nie wszystko trzeba rozwiązywać od razu.
Nie każda myśl zasługuje na analizę.
Czasem po prostu wystarczy… nie martwić się na zapas.

Zamiast martwić się, że będzie źle –
zrób sobie herbatę, pogłaszcz kota, obejrzyj coś głupiego.
Bo zmartwienia same się nie rozpuszczą…
ale ty możesz przestać je karmić.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *