
– Gdzieś ty poszła? Coś ty zrobiła?! – uniosła się moja koleżanka z pracy, kiedy na przerwie, w małym, zaufanym gronie, pochwaliłam się wizytą u wróżki.
Wydawało mi się, że to będzie fajna anegdota. Coś lekkiego, ciekawego, innego niż codzienna paplanina o dzieciach, kredytach i promocjach w Lidlu.
Ale nie zdążyłam nawet dobrze zacząć, kiedy usłyszałam:
– Tarot?! Przecież to narzędzie szatana! O mój Boże, teraz pech cię nie opuści!
Zatkało mnie.
Nie takiej reakcji się spodziewałam.
Myślałam, że się pośmieją, że będą ciekawe, że zapytają: „I co? Powiedziała ci coś ciekawego?”
A tu zamiast zaciekawienia – dramatyczna muzyka, sąd ostateczny i prawie egzorcyzm przy mikrofalówce.
Ona naprawdę miała przerażenie w oczach.
Robiła jakieś znaki krzyża w powietrzu, jakby chciała odpędzić nie wiadomo co.
Miałam wrażenie, że gdyby miała różaniec, to padłaby na kolana i zmówiła cztery „Zdrowaśki” za nas wszystkie.
Albo sięgnęłaby po wodę święconą i zaczęła nas delikatnie skrapiać – a mnie to chyba polałaby całym wiadrem, żeby na wszelki wypadek zmyć klątwę, którą – według niej – właśnie na siebie rzuciłam.
– Nie wolno się w to bawić, dziewczyno. To samo zło! – powiedziała z takim przejęciem, jakby chciała mnie uratować przed upadkiem w przepaść.
Nie spodziewałabym się tego po niej.
Nie wyglądała na kogoś, kto wierzy w takie zabobony.
Zawsze wydawała mi się nowoczesna, konkretna, racjonalna.
A jednak…
Choć sama nie byłam do końca pewna, jak podchodzić do tego tematu – bo wcześniej nigdy nie miałam do czynienia z tarotem – to jedno wiedziałam: nie uważałam tego za coś złego.
Mogłam wierzyć w karty albo nie.
Mogłam potraktować to jako ciekawostkę, jako przekaz, jako metaforę.
Ale żeby od razu rzucać takie osądy?
Do głowy by mi to nie przyszło.
Poczułam się dziwnie.
Jakbym naprawdę zrobiła coś złego. Coś niewybaczalnego.
Jakby teraz w ramach pokuty ktoś miał mi kazać iść do Częstochowy na kolanach.
Nie powiem – przez chwilę zasiała we mnie ziarno niepewności.
A co, jeśli ma rację?
A co, jeśli naprawdę coś na siebie ściągnęłam?
Ale wtedy… zamknęłam oczy i przed oczami stanęła mi twarz Grażynki.
I nagle zrobiło mi się ciepło na sercu.
Tak, jakby czuwała nade mną.
Jakby szeptała mi do ucha:
„Podchodź do tematu z otwartym umysłem. Nie opieraj się na lękach ani na stereotypach.”
Nie wiem, skąd ta myśl nagle do mnie przyszła,
ale na pewno dodała mi otuchy.
Nabrałam powietrza, wypuściłam je powoli i spojrzałam na pozostałe koleżanki.
Z premedytacją ominęłam wzrokiem tę jedną –
tę, która wciąż patrzyła na mnie jakby zobaczyła duchową katastrofę.
Jej oczy mówiły „ratuj się, póki nie jest za późno”,
a jej twarz miała wyraz, jakby rozważała, czy nie zadzwonić po księdza.
Nie chciałam wchodzić z nią w dalszą wymianę spojrzeń.
Nie byłam gotowa na tę wojnę światopoglądową.
Więc zmieniłam temat i schowałam swoje zdanie gdzieś głęboko w sobie, ale zapytałam:
– A wy? Naprawdę też tak myślicie?
Czy uważacie, że tarot to coś złego?
Zapanowała chwila ciszy. Taka niezręczna, jak wtedy, gdy nikt nie chce być pierwszy.
Ale po sekundzie odezwała się jedna z dziewczyn – spokojnie, bez napięcia:
– Ja tam nie mam nic do wróżek. Sama kiedyś byłam, jak byłam w totalnym dołku. I powiem ci… pomogło mi to bardziej niż niejedna rozmowa z psychologiem.
Druga wzruszyła ramionami:
– Ja się tym jakoś nie interesuję, ale jak ktoś chce, to jego sprawa. Dla mnie to bardziej forma intuicji niż jakieś czary-mary.
Poczułam, jak napięcie zaczyna powoli puszczać.
Nie wszyscy patrzyli na mnie jak na opętaną.
Nie wszyscy chcieli mnie zbawić.
Ale to nie była jedyna sytuacja, kiedy ludzie patrzyli na mnie jak na kosmitkę – tylko dlatego, że zdecydowałam się pójść do wróżki.
Rodzina też miała swoje zdanie.
Siostra mojej babci… przyrodniego ojca… mojego wujka – wiecie, jak to jest z tymi rodzinnymi koneksjami – gdy tylko dowiedziała się o mojej wizycie u Grażynki (bo mama, niczym lokalny informator, nadal obwieszczała wszystko całej rodzinie), natychmiast wystawiła mi duchową diagnozę.
Nazwano mnie grzesznicą. Taką, co to oddala się od Boga i wiary.
A że w pakiecie poszło też kazanie dla mojej mamy – bo przecież „jak mogłaś jej na to pozwolić?!” – to w sumie oberwało się nam obu.
Po tej diagnozie długo miałam to w głowie.
Nie kłóciłam się, nie próbowałam nikogo przekonywać, ale coś we mnie się uruchomiło.
Zaczęłam czytać. Szukać.
Zajrzałam wtedy do kilku książek, które udało mi się dorwać – i ku mojemu zaskoczeniu, to wcale nie brzmiało jak czarna magia, tylko jak coś… co po prostu ma sens.
Bo skoro coś mnie poruszyło tak głęboko, to chyba nie bez powodu.
Nie chciałam już wierzyć w to, co ktoś mi powie „bo tak trzeba”, albo „bo tak wypada”.
Chciałam sama zrozumieć, czym naprawdę jest tarot.
I czym dla mnie może się stać…
Chciałam wam dziś pokazać, że każdy może – i ma prawo – mieć swoje podejście do tego tematu.
Jedni tym żyją, jak ja teraz. Inni to wyśmiewają, bo… po prostu tego nie rozumieją.
Często to właśnie brak wiedzy i zrozumienia prowadzi do błędnych przekonań i teorii.
Ja teraz już to wiem. Ale wtedy?
Wtedy pozwoliłam sobie na chwilę zwątpienia.
Dziś wiem, że tarot to nie przepowiadanie przyszłości.
Karta Śmierci? To nie koniec świata, tylko często początek nowego rozdziału.
Tarot to narzędzie do zrozumienia sytuacji, odkrycia potencjalnych dróg i refleksji.
Nie daje gotowych odpowiedzi.
Nie zastępuje decyzji.
Bo przyszłość – ta naprawdę nasza – zależy od nas. Od naszych wyborów i działań.
Więc jeśli kiedyś będziesz się wahać – pamiętaj:
to Ty trzymasz karty.
A Wszechświat tylko delikatnie podpowiada, co możesz z nimi zrobić.
Otwierajcie się na siebie. Słuchajcie intuicji. Decyzje podejmujcie z serca – i bierzcie za nie odpowiedzialność.
Do usłyszenia.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.