„Narzędzia do Wszechświata – jak śrubokrętem intuicji próbowałam otworzyć życie”


Odpowiedź na pytanie Grażynki nie przyszła do mnie od razu. Nie przyszła do mnie jeszcze przez długi czas. W tamtym okresie życia skupiałam się na zupełnie innych aspektach. Byłam młoda, żądna wrażeń, przygód, zabawy – a nie rozkminiania nad tym, jak działa życie i jaką rolę odgrywa w nim moja dusza.

Chociaż wydawało mi się wtedy, że bardzo chcę to wszystko zrozumieć, dzisiaj wiem – nie byłam jeszcze gotowa. I to też było okej. Wszystko ma swój czas.

Mimo że słuchałam Grażynki z dużą uwagą, mam wrażenie, że wiele z jej słów po prostu przelatywało mi wtedy nad głową. Mówiła, że nasze ciało to tylko skafander dla duszy, że wszystkie odpowiedzi mamy w sobie. Że Wszechświat do nas mówi – tylko trzeba nauczyć się go słuchać.

I że mamy do dyspozycji cały zestaw narzędzi: dotyk, słuch, wzrok, zapach… i oczywiście intuicję.

Brzmiało to pięknie. Magicznie wręcz. Tylko że ja z tymi narzędziami czułam się wtedy jak dziecko z instrukcją obsługi… po chińsku. Albo jakby ktoś dał mi śrubokręt i powiedział: „teraz otwórz swoje życie”. No to próbowałam – trochę po omacku, trochę na czuja, z nadzieją, że nic nie wybuchnie.

Z perspektywy czasu widzę, że Grażynka podrzucała mi perły, a ja je zbierałam jak kolorowe kamyczki na plaży – ładne, ale bez świadomości, jak bardzo są cenne.

I choć nie do końca rozumiałam wtedy, co do mnie mówiła, coś się jednak we mnie ruszyło. Zaczęłam inaczej patrzeć na niektóre rzeczy. Zaczęłam słuchać… siebie. Delikatnie. Nieśmiało. Ale jednak.

Czasami, gdy miałam jakiś przebłysk, nagle pojawiała mi się przed oczami Grażynka – jak powiadomienie z Wszechświata: „hej, przypomnij sobie, co ci mówiłam”. Przypominałam sobie wtedy jej słowa – o znakach, o tym, że ciało to tylko opakowanie, i że nasze myśli oraz słowa naprawdę mają moc.

Intuicja zaczęła do mnie pukać coraz częściej.
Zaczęłam przewidywać różne sytuacje – może nie zawsze dokładnie tak, jak je czułam, ale zaskakująco blisko prawdy.

Czasem rzucałam coś mimochodem, bez zastanowienia. Albo wręcz przeciwnie – w emocjach, na pełnym ogniu.
I wtedy działy się rzeczy, które trudno było zrzucić na przypadek.

Uwierzcie mi, nie zmyślam.
Najczęściej wyglądało to tak: coś mnie wkurzało, coś mnie gryzło, no i w końcu w nerwach rzucałam tekst w stylu:
„Mogłaby w końcu złamać nogę” albo „Niech spadnie ze schodów, może zmądrzeje”.

Wiem, brzmi strasznie. Ale przecież nie chciałam tego naprawdę. To była tylko złość.
No wiecie, taka, co przychodzi szybko, robi burzę i znika.

Tylko że… te moje słowa z czasem zaczęły się spełniać.
Nie wszystkie. Ale kilka razy trafiły z przerażającą dokładnością.

I wtedy zrobiło się naprawdę dziwnie.
Bo jeśli moje słowa naprawdę coś uruchamiają… to ja chyba właśnie odpalałam małe bomby, kiedy się wkurzałam.

Na początku siłę moich słów zauważałam tylko ja.
Myślałam, że to może zbieg okoliczności, może moja wyobraźnia. Ale z czasem… zaczęli zauważać to też inni.

Znajomi śmiali się, ale coraz częściej słyszałam:
„Ty już lepiej nic nie mów, bo znowu coś palniesz i się spełni.”

Śmiali się, pewnie nie do końca w to wierzyli, myśleli, że to przypadek.
Ale ja już czułam, że to nie jest przypadek.
I ta świadomość zaczęła mnie przerażać.

Zadzwoniłam do jedynej kobiety, która mogła mnie zrozumieć.
– Grażynko… – powiedziałam. – Co mam robić?

Nie zdziwiła się. Jakby wiedziała.
A potem dała mi coś, co wtedy nazwałam zaklęciem.

Powiedziała:
„Unieważniam każde słowo, które wypowiedziałam w napięciu. Niech ich energia się rozpuści. Wysyłam w to miejsce światło i równowagę.”

Nie powiem, że od razu w to uwierzyłam.
To „zaklęcie” Grażynki wypowiadałam najpierw cicho, prawie szeptem, jakby ukradkiem.
Nie byłam pewna, czy to działa. Ba, nie byłam nawet pewna, czy czegokolwiek się nie czepiam ostatnio za bardzo.

Zamiast cieszyć się życiem, ja zaczęłam je analizować. Zamiast śmiać się z przypadków, zaczęłam na każdym kroku doszukiwać się znaków.
Bałam się, co mówię, bałam się, co pomyślę, bałam się nawet, że przez samą myśl mogę coś „uruchomić”.

I przez to… zaczęłam żyć w napięciu.
Ciągłe kontrolowanie, czy nie powiedziałam czegoś „złego”. Czy nie przyciągnęłam czegoś niechcianego.
To miało być przebudzenie, a chwilami przypominało paranoję.

Wiem, że nie o to chodziło.
Miałam dostrzegać piękność tego świata, a nie bać się jego ciemnych zakamarków.
Miałam ufać swojej mocy, a nie się jej bać.

I wiecie co? Do dziś takie sytuacje nadal się zdarzają. Może nie tak często jak kiedyś, ale jednak. Nadal czasem boję się swoich słów. Niedawno jechałam z młodszym synem (tak, tak, jednak mam drugie dziecko i mieszkam za granicą – ale do tego wrócimy w innym poście) piętrowym autobusem, na górze. Obok nas siedział nastolatek, który bardzo głośno słuchał muzyki z telefonu. Nie miał słuchawek, dźwięk niósł się dość ostro i był uciążliwy. Nie reagowałam, tylko w duchu liczyłam, że niedługo wysiądzie i będzie po sprawie.

Trochę zirytowana, powiedziałam do syna: „On jest tak przyklejony do tego telefonu, tak wpatrzony w ekran, że nie zdziwię się, jak spadnie ze schodów podczas wysiadania…”

I co się stało? Na następnym przystanku chłopiec wstał, ruszył do wyjścia i po chwili usłyszeliśmy odgłos spadania po schodach.

Nie wiem, czy to przewidziałam, czy wypowiedziałam to na głos niepotrzebnie. Ale znów się wydarzyło. I znów w głowie pojawiła się moja ulubiona reprymenda: „Po co ty to znowu powiedziałaś?”

I wiecie co? Wtedy znowu do mnie wróciło wszystko. Cała tamta historia, tamten lęk, tamta rozmowa z Grażynką. Bo choć minęły lata, to mechanizm w środku – ten sam. Ta sama refleksja, ten sam ciężar słów, ta sama cisza po fakcie.

Czasem nie rozumiem, co się ze mną dzieje.
Nie mam nazw, nie mam wyjaśnień.
Mam tylko dziwne przeczucia, parę przypadków, które nie wyglądają na przypadek… i „zaklęcie” Grażynki w kieszeni.

Pa, pa – uważajcie na swoje słowa 😊💕


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *