
Biegniemy przez to życie jak po ogień. Albo planujemy, albo wspominamy. Jedną nogą w przyszłości, drugą w przeszłości – a tu i teraz? Trochę jakby nie istniało. Czasem coś nas zachwyci – promień słońca, dobre słowo, zapach kawy. Ale czy naprawdę to zauważamy? Czy tylko rejestrujemy i lecimy dalej?
Nie cieszymy się drobiazgami. A jeśli już, to rzadko. Za rzadko.
Nie zastanawiamy się, dlaczego coś wydarzyło się akurat teraz, a nie za tydzień. Dlaczego spotkaliśmy tę osobę, a nie inną. Przecież to wszystko ma znaczenie. Tylko że trzeba zwolnić, żeby to dostrzec. A może nawet… zatrzymać się na chwilę.
U mnie takim momentem pauzy była Grażynka. Spotkanie z nią coś we mnie przełączyło. Tak jakby ktoś wyjął mi z oczu te niewidzialne klapki, które nosiłam przez całe życie. I nagle świat przestał być tylko tłem.
Bo jeśli ta kobieta była w stanie zobaczyć we mnie jakiś dar…
Jeśli potrafiła zajrzeć w moją przeszłość tak głęboko, że aż zabolało…
Jeśli rozłożyła przede mną karty i pokazała kierunek, którego nawet nie wiedziałam, że szukam…
To znaczy, że są ludzie, którzy widzą więcej.
I pytanie brzmi – jak oni to robią?
Też tak chcę. Serio.
To musi być coś niesamowitego – czuć więcej, widzieć więcej, rozumieć to, co dla innych jest tylko przypadkiem.
A może niekoniecznie. Może to wcale nie jest dar, tylko przekleństwo – nosić w sobie tyle świadomości, że nie da się już żyć „na pół gwizdka”.
Ale wiecie co? Nie byłabym sobą, gdybym nie chciała tego sprawdzić.
Zawsze mnie ciągnęło do tego, co zabronione. Niedozwolone. Szalone. Ryzykowne.
No to mam. Wszechświat otworzył drzwi.
A ja – zamiast się cofnąć – robię krok do środka.
Tyle tylko, że byłam w tym temacie zielona. Zielona jak żabka w stawie.
To nie były czasy, w których można było sobie kliknąć w komputer i od razu zagłębić temat. Nie było internetu. A może już gdzieś był, ale ja o nim nie słyszałam. I na pewno nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś będę mogła usiąść przed ekranem i Wam to wszystko w ten sposób opisywać…
Ale wracając do tematu, moi drodzy czytelnicy… Książek na ten temat też nie było.
A przynajmniej nie w mojej bibliotece, którą i tak omijałam szerokim łukiem – głównie dlatego, że zawsze byłam spóźniona z oddaniem książek, a pani bibliotekarka chyba nie do końca pałała do mnie sympatią.
Nie miałam więc wyjścia.
Musiałam zadzwonić do Grażynki i trochę ją podpytać.
Nie chciała rozmawiać przez telefon.
Zaprosiła mnie ponownie do siebie. Ale tym razem nie na sesję – tylko na zwykłą rozmowę przy kawie. (Już chyba się odważę napić czegoś u niej, bez paranoi, że po jednym łyku nagle zobaczę wszystkie moje wcielenia naraz.)
Wspaniale – pomyślałam. Nie będę musiała tym razem ponosić kosztów.
Nie żebym była sknerą! Ale nie ukrywam – jak mam wybór między wydatkiem na oświecenie a nową kiecką, to… no cóż, błysk cekinów potrafi skutecznie przyćmić błysk duszy.
Ale spokojnie, przygotowałam się. Kupiłam Grażynce mały, czekoladowy prezencik – taki od serca, z myślą o wymianie energii.
Aha, no właśnie – jeszcze Wam o tym nie wspominałam!
Wiedza od Grażynki, lekcja numer jeden: energia musi krążyć.
Nie ma nic za darmo – i to nie w sensie „płać albo spadaj”, tylko w sensie: coś za coś, z serca do serca.
Ja coś robię dla kogoś, ktoś coś robi dla mnie. Ty pomożesz mnie, ja pomogę Tobie. Ty dasz czekoladkę – ja nie rozliczę Cię z karmy z poprzedniego życia. No dobra, żart. Ale chodzi o to, żeby ten kosmiczny ping-pong działał.
Dlatego za sesję się płaci. Albo się odwdzięcza w inny sposób – kawa, książka, pomoc, dobre słowo. Wszechświat to docenia.
I Grażynka też.
Tego dnia wyglądała już bardziej… przyziemnie.
Co prawda miała na szyi zawieszony kamień księżycowy (albo jakiś inny z tych, które podobno „łagodzą stany”), w uszach kolczyki nieznanego mi kształtu – długie, dotykające ramion, trochę jak mini wahadełka. No i całą masę bransoletek – w przeróżnych kolorach, które sięgały prawie do łokcia i dzwoniły przy każdym jej ruchu, jakby wzywała duchy do kuchni na kawę.
Ale poza tymi drobnymi szczegółami – nie wyglądała jakby właśnie wróciła z Saturna.
Spokojna, serdeczna, ludzka. Nawet miała na sobie zwykły, miękki sweter i dżinsy. Światło świec się nie unosiło, stół nie lewitował, a kot – bo oczywiście miała kota – nie mówił ludzkim głosem.
– A więc… chcesz się dowiedzieć, czego potrzebujesz, żeby żyć jak ja? – zapytała z uśmiechem, patrząc na mnie tak, jakby znała odpowiedź na moje pytanie zanim jeszcze zdążyłam je zadać.
– Tak właśnie tego chciałam – przyznałam, patrząc na nią z nadzieją. – Móc patrzeć na świat nie przez różowe okulary… ani przez depresyjne stany. Tylko zobaczyć go takim, jaki naprawdę jest.
Zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi.
Po co tu jesteśmy.
I cieszyć się z małych rzeczy – tak naprawdę, nie od święta.
Skoro ponoć mam w sobie jakiś dar – to czemu go nie wykorzystać?
Grażynka spojrzała na mnie tym swoim spojrzeniem, które było jednocześnie ciepłe i jakby trochę z innego wymiaru.
– A co według ciebie czyni życie naprawdę wartościowym? – zapytała.
Niby proste pytanie. A ja zamarłam.
I miałam pustkę w głowie gorszą niż na maturze z geografii, kiedy nie wiedziałam, gdzie leży Burkina Faso.
I wiecie co?
Zostawię Was dziś też z tym pytaniem.
Zastanówcie się nad nim.
Możecie mi odpowiedzieć w komentarzach – może razem znajdziemy jakąś sensowną odpowiedź. A może nie. Ale sam fakt, że się nad tym zastanowimy… już coś zmienia.
Miłego dnia, moi kochani. I niech dzisiaj choć jedna drobna rzecz wywoła u Was uśmiech. To już będzie coś.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.