
Nie wiem, czy to los, karma, czy może opóźniony efekt uboczny herbaty z melisą, ale pewnego dnia po prostu wiedziałam, że to już czas. Czas, by spojrzeć Grażynce w oczy. Wydobyłam od mamy numer telefonu do jej duchowej znajomej, zadzwoniłam i – nie przyznając się, kim jestem – umówiłam się na sesję.
Nie ukrywam – miałam tremę, dlatego dla otuchy zabrałam ze sobą moją przyjaciółkę. Ona również chciała sprawdzić magiczną moc Grażynki. No dobra, może bardziej była ciekawa, czy kobieta naprawdę wygląda jak mistrzyni energii, o której tyle już słyszała, czy raczej jak emerytka z osiedla, która po prostu zna się na życiu lepiej niż Google.
Po kilku dźwiękach domofonu i krótkim „proszę” znalazłyśmy się w korytarzu pachnącym kadzidłem i czymś jeszcze… może tą słynną tajemnicą wszechświata. Grażynka czekała. Miała na sobie luźną tunikę, której kolor przypominał kosmiczną mgławicę, i spojrzenie, które mówiło: „Wiem, że wiesz, że ja wiem”.
Moje serce biło jak szalone. Bo to był ten moment. Pojedynek który musiał się wydarzyć – właśnie się zaczynał.
Ta bardzo intrygująca kobieta poprosiła, byśmy się rozgościły i od razu zapytała, co chcemy do picia. Z grzeczności poprosiłam o wodę, ale w głębi duszy wiedziałam, że nawet gdyby mi zaschło w ustach jak na pustyni Sahara – nie wezmę łyka niczego, co ta kobieta mi poda.
Nie, nie dlatego, że bałam się otrucia. O nie. Chodziło raczej o to, że wyobraźnia zaczęła mi pracować na najwyższych obrotach. Widziałam już jakąś nalewkę z wyciągu z żabiego żołądka, krople księżycowej świadomości albo napar z liści, które rosną tylko w snach szamanów. I jeszcze ten jej wzrok, który mówił, że nic nie dzieje się przypadkiem…
Grażynka spojrzała na nas z lekkim uśmiechem i zapytała, która z nas chce pierwsza ujrzeć, co karty mają do powiedzenia. Ze strachu wrobiłam w to przyjaciółkę, pytając, czy mogę być przy jej sesji — bo przecież nie mamy przed sobą żadnych tajemnic. Ona się zgodziła i podeszła do rozkładu.
Ale gdy tylko dotknęła kart, spojrzała na mnie długo i dziwnie, jakby próbowała odczytać coś więcej niż tylko karty. Po kilku długich sekundach przerwała ciszę: „Czy możesz przestać?” — powiedziała cicho.
Nie wiedziałam, o co jej chodzi. Nawet na moment odwróciłam się za siebie, żeby sprawdzić, czy aby na pewno mówi do mnie… ale za mną nie było nikogo. Tylko ściana. I przyjaciółka, która właśnie próbowała skupić się na kartach.
Grażynka, widząc moje zażenowanie, uśmiechnęła się lekko, jakby czytała mi w myślach.
– Blokujesz swobodny przepływ energii – powiedziała łagodnie, ale stanowczo.
– Twoja energia tworzy barierę i blokuje mi odczyt z kart – dodała, patrząc na mnie z lekkim rozbawieniem.
– To co mam zrobić? – zapytałam, trochę speszona.
– Rozluźnij się. Nie bądź taka spięta – rzuciła z uśmiechem, jakby mówiła o czymś zupełnie zwyczajnym, a nie o mojej blokującej aurze, która właśnie sabotuje całą sesję.
Po kilku kolejnych, nieudanych próbach rozłożenia kart, Grażynka spojrzała na mnie z powagą i powiedziała coś, czego się zupełnie nie spodziewałam:
– Będę musiała cię poprosić, żebyś na chwilę wyszła do drugiego pokoju.
W jednej sekundzie poczułam się jak zakłócacz galaktycznej transmisji. Nie było mowy o tym, żebym mogła usłyszeć, jaki los jest przeznaczony dla mojej przyjaciółki – moja energia skutecznie zablokowała cały kosmiczny przekaz.
Nie zaprotestowałam. Wstałam i wyszłam, czując się jak bohaterka filmu, która właśnie zepsuła całą scenę swoją obecnością. Ale przyznaję – byłam też coraz bardziej zaintrygowana.
Kiedy przyszła moja kolej, prowadząca sesję spojrzała na mnie uważnie i skinęła głową. Najpierw zostałam poproszona, by zamknąć oczy i bardzo wolno oddychać.
– Wyobraź sobie, że wciągasz w siebie białe powietrze, a wypuszczasz czarne – powiedziała spokojnie. – To taka medytacja. Oczyścisz się i uspokoisz, a ja będę mogła bez przeszkód wczuć się w twoją energię.
Zamknęłam oczy. Białe powietrze. Czarne powietrze. Brzmi prosto… tylko dlaczego miałam wrażenie, że moje „czarne” nie chce wyjść?
Nieświadomie wypowiedziałam na głos słowa:
– A może ja jestem wiedźmą…
Dźwięk śmiechu tej kobiety – niski, miękki, jakby znała odpowiedź od zawsze – wyrwał mnie z transu i sprowadził z powrotem do ciała.
– Właśnie to próbuję ci od początku przekazać – powiedziała, patrząc na mnie z powagą. – Nosisz w sobie pradawną moc. Twoja intuicja, energia… są jak latarnia we mgle. Jeśli tylko zechcesz, możesz iść ścieżką duchowego poznania. Ale musisz potraktować to poważnie.
Zamilkła na chwilę, jakby czekała, aż te słowa osiądą we mnie jak pył. A ja? Poczułam coś między drżeniem a ulgą. Jakby ktoś właśnie nazwał to, czego sama nie umiałam jeszcze wyrazić.
Moja sesja do końca przebiegła już bez zakłóceń. Siedziałam jak zahipnotyzowana, chłonąc każde słowo tej niezwykłej kobiety. Mówiła o moim życiu z taką precyzją, że momentami miałam ochotę schować się pod stół – czułam się, jakby czytała mnie z otwartej księgi, której sama nie miałam odwagi przejrzeć.
Co mi powiedziała?
Ach… to już zupełnie inna opowieść.
Może wam zdradzę.
A może nie.
Zastanowię się… do następnego razu, moi drodzy. Grażynka jeszcze powróci.
A ja… chyba już nigdy nie będę tą samą osobą.
Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat
Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.