Czas poznać Grażynkę – czyli ta, co wiedziała, za nim ja wiedziałam…


Nie sądzę, żeby każda rodzina miała swoją Grażynkę. Ale my przez dłuższą chwilę taką posiadaliśmy.

Nie, Grażynka nie wprowadziła się do nas. Fizycznie nigdy nie była obecna. Tak szczerze mówiąc, nikt nawet nie wiedział, jak wygląda. W tamtych czasach nie było smartfonów, więc i zdjęcia z sanatorium moja mama nie miała. Ale Grażynka była z nami duchem. Uczestniczyła w każdym większym spotkaniu rodzinnym, bo temat z nią związany wracał jak bumerang.

Moja mama była jej nieoficjalną ambasadorką. Przy każdej okazji przypominała o tej tajemniczej kobiecie, która coś wie. Znajomość z Grażynką, choć krótka, została przez mamę odnotowana jako duchowy przełom. Coś jak objawienie Matki Boskiej, tylko z bardziej przyziemnym przekazem.

Bo oto Grażynka oznajmiła, że:
– moja biedna córka (czyli ja),
– czeka ją rozwód
– i wyjazd za granicę.

I mama, choć znajomości z Grażynką nie kontynuowała, czuła się w obowiązku kontynuować jej misje.
Dlatego cała rodzina musiała wiedzieć, co mnie czeka. A ja, jak przystało na główną bohaterkę tej wizji, miałam być wdzięczna za ten dar proroctwa.
A byłam?
Nie.
Byłam wkurzona.

Bo nic nie wskazywało na to, że coś się wali.
Przynajmniej na zewnątrz.

Ale Grażynka już wiedziała, bo potem…

wszystko się wydarzyło dokładnie tak, jak powiedziała.

I to był moment, kiedy Grażynka z kuluarów rodzinnych ploteczek awansowała w moich oczach na proroka.
Albo medium.
Albo moją duchową przewodniczkę z sąsiedztwa.

Mój związek runął jak domek z kart.
Nie będę tutaj wskazywać winnego czy winną.
Po prostu… nasze drogi z mężem się rozjechały.
Każde w swoją stronę, z coraz większą prędkością i bez mapy.
To nie była wojna. To była cicha kapitulacja z obu stron.

Poszło szybko.
Rozwód za porozumieniem stron.
Podział majątku.
Ustalenia o opiece nad dzieckiem.
Bla bla bla.

Życie niby toczy się dalej…
Ale ja nie mogłam ruszyć dalej.

Nie mogłam, bo cały czas z tyłu głowy słyszałam jej głos.
A raczej głos mojej mamy mówiącej:
„Bo Grażynka mówiła, że ci się wszystko zawali…”

No to przepraszam bardzo — skoro to ona ułożyła ten scenariusz,
to teraz niech się tłumaczy.

Niech się wytłumaczy, skąd to wiedziała.
Czy gdzieś tam sobie siedzi z kubkiem melisy, w otoczeniu kadzideł i mówi:
„O, kolejna się sypie – notuję sobie do statystyk”?
Czy może ma jakiś tajny kontakt z wyższymi siłami i dostaje z góry listę osób do „uświadomienia”?

Nie wiem.
Ale jedno wiedziałam na pewno: musiałam ją poznać.

Och!
Wcześniej nie wspomniałam — przepraszam.
Tyle mam myśli w głowie, tyle emocji, wspomnień,
że czasem boję się, że coś pominę,
a przecież chcę Wam wszystko opowiedzieć.

Bo uwaga, teraz najlepsze:

Okazało się, że Grażynka mieszka w tym samym mieście co ja.
Tak.
W tym samym.
Nie gdzieś w odległym sanatoryjnym królestwie aromatycznych inhalacji.
Nie.
Tutaj.
W moim mieście.
W mojej rzeczywistości.

Cudownie, prawda?
Teraz tylko ją namierzyć i poprosić o autograf.
Najlepiej na pozwie rozwodowym.

Taki symboliczny podpis pod rozdziałem, który przecież przewidziała.

Miałam nawet sen.
Nie jeden.
Zawsze ten sam.
Bez kontynuacji, bez zakończenia, jak stara kaseta, która zacina się w tym samym miejscu.

Ja – w płaszczu do ziemi,
z torbą z Biedronki, choć jakimś cudem w tym śnie wydaje się bardziej mistyczna niż zakupowa.
Ona – w płaskich butach,
z kartami tarota w torebce
i wzrokiem, który przeszywa duszę, jak rentgen duszy i karmy w jednym.

Spotykamy się w kolejce po ziemniaki.

I zawsze ten sam dialog:

– To ty? – pytam.
– Mówiłam, że tak będzie – odpowiada.

Koniec snu.
Zawsze.
Nigdy nie doczekałam kontynuacji.
Nigdy nie usłyszałam, co dalej będzie.

Ale może…
to właśnie ja mam teraz dopisać ciąg dalszy?

Ale o tym opowiem Wam innym razem.
Bo nie da się tej historii zamknąć w jednym wpisie.
Nie da się opisać tej atmosfery, tego spojrzenia, tych… ziemniaków w tle. 😊😊.

Więc dziś zostawię Was z małym niedosytem.
Takim lekkim „no cooo? Już koniec?”
Żebyście zatęsknili —
za mną,
za Grażynką,
za tym wszechświatem, w którym wszystko ma swój znak, czas i sens.

A co było dalej?

Tego dowiecie się w kolejnym odcinku tej życiowo – duchowej telenoweli.
A teraz…
idę kupić ziemniaki.

Do zobaczenia.


Odkryj więcej z Matka, Tarot i Wszechświat

Zapisz się, aby otrzymywać najnowsze wpisy na swój adres e-mail.

1 myśl w temacie “Czas poznać Grażynkę – czyli ta, co wiedziała, za nim ja wiedziałam…”

Skomentuj

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *